Dzienniki środkowoamerykańskie

Dzienniki środkowoamerykańskie

- kategorie: Podróże

Skoro sam już niegdyś stwierdziłem, że trzy tygodnie to zdecydowanie za mało na zobaczenie jednego tylko kraju, Meksyku, to jak w podobnym okresie poznać sześć państw Ameryki Środkowej? Tak krótki czas na podróż z jednej strony sprawia, że na pewno nie zdołamy zobaczyć wszystkich atrakcji, o których rozpisują się przewodniki, ale z drugiej strony gwarantuje nam też, że każdy dzień będzie intensywny jak kolory na strojach gwatemalskich Indian, niezapomniany niczym smak cygara z Nikaragui  i pełen wrażeń, jak wypełnione po brzegi ładunkami są ogromne statki przeciskające się przez śluzy Kanału Panamskiego.

Środa, 17 sierpnia
Przekraczamy graniczną rzekę Río Suchiate. Idąc mostem, należy dodać, bo można też inaczej. Dołem jakiś dziadek z wielkim ładunkiem na grzbiecie, brodząc po pas i pomagając sobie długim kijem, wkracza do Gwatemali drogą wodną. Wąsaty meksykański amigo z uśmiechem inkasuje od nas po 25 dolarów opłaty wyjazdowej. Po chwili amigo gwatemalski, bez wąsów, ale też uśmiechnięty, inkasuje opłatę wjazdową – na szczęście o wiele niższą. A może lepiej było wziąć przykład z tego staruszka z dołu…
Gwatemala! Jakże piękny i kolorowy musi być kraj, który swoją walutę nazwał quetzal – na cześć niewielkiego, ale niezwykle barwnego ptaka zamieszkującego korony drzew w gęstej dżungli! A jakże piękne i kolorowe jeżdżą po nim autobusy! Pojazdy, które swoją pierwszą i drugą młodość mają już za sobą i amerykańscy rodzice z pewnością  baliby się posyłać nimi swoje dzieci do high schooli w Alabamie czy innym Wioskonsin, przeżywają w całej Ameryce Środkowej młodości trzecią, czwartą i następne, a miejscowi przewoźnicy wykorzystują je do rzeczy, jakich chyba nigdy nie doświadczyły w USA. Niegdyś żółte i ozdobione nazwą szkoły na burtach, dziś wściekle pomarańczowe, zielone czy czerwone, z wymalowanymi na karoseriach hasłami religijnymi, kobiecymi imionami, a czasem i damskimi aktami.
Skrupulatnie nadzorowaną przez kierowców normą jest, że na każdej kanapie, przeznaczonej dla dwóch utuczonych na hamburgerach amerykańskich grubasków w wieku szkolnym, ciśnie się trójka latynoskich pasażerów, a niektórzy nawet zdają się wręcz lewitować pomiędzy siedzeniami. Przejście najczęściej również całe zastawione jest ludźmi, a na dachu lub na niewielkiej wolnej przestrzeni koło kierowcy leżą wiązki suchych liści, kartony z drobiem i kolorowe indiańskie torby, wyszywane w tradycyjne wzory, które już za chwilę wylądują na kobiecej głowie i zostaną gdzieś przeniesione z niezwykłym wyczuciem równowagi i gracją.
Za oknami autobusu też feeria barw. Ludzie kolorowi i uśmiechnięci, dżungla soczyście zielona, na tle nieba ciemnym granatem odznaczają się wulkaniczne sylwetki gór, w tym najwyższego szczytu Ameryki Centralnej – drzemiącego Tajumulco, wznoszącego się na 4220 m n.p.m. Tę górę tylko mijamy, ale sami też wkrótce spróbujemy wulkanizacji – jutro chcemy wejść na któryś z wulkanów w otoczeniu jeziora Atitlán.
Popołudniu pogoda się pogarsza, niebo zasnuwają ciemne chmury, z których spadają ciężkie krople deszczu. Do tego przyzwyczaiły mnie już trzy tygodnie w Meksyku. No ale czego innego można się spodziewać po porze deszczowej…

Czwartek, 18 sierpnia
Poprzednią noc spędziliśmy śpiąc w hamakach w dżungli na stokach wulkanu. W prawdziwej dżungli! No, może akurat ten jej kawałek przypominał bardziej jakieś poletko z rosnącymi w równych odległościach sadzonkami, a kilkanaście kroków od nas biegła ścieżka, ale jeśli w nocy ze wszystkich stron słychać odgłosy bujnego życia, a przez gęste oczka moskitiery jawią ci się świecące oczka, to wiedz, że coś się w tej dżungli dzieje.
Wczoraj, po przepłynięciu jeziora i dotarciu do miasteczka Santiago de Atitlán, postanowiliśmy wykorzystać ostatnie chwile przed zapadnięciem zmroku i podejść jak najwyżej w górę zbocza. Za cel obraliśmy sobie najmniej uczęszczany spośród trzech okolicznych wulkanów – mierzący  3158 m n.p.m. Volcán Tolimán. Przewodnik ostrzega przed poruszaniem się w tych okolicach w małych grupach i pisze o uzbrojonych bandach miejscowych, napadających na turystów, dlatego też chcieliśmy nocować jak najdalej od zabudowań. Parę razy jednak o drogę musieliśmy się tych miejscowych zapytać i za każdym razem odpowiedź brzmiała identycznie: todo recto – ciągle prosto. Niby łatwe, ale wkrótce okazało się, że ścieżek wiodących prosto i pod górę jest mnóstwo i tworzą istny labirynt z licznymi rozgałęzieniami. Kolejni napotykani tubylcy powtarzali todo recto, ale zapewne sami nigdy na szczycie wulkanu nie byli – bo i po co? Po wielu próbach, kilku godzinach błądzenia, wracaniu się do skrzyżowań i wypróbowywaniu kolejnych ścieżynek, które z czasem zanikały lub zaczynały prowadzić w dół, na wysokości prawie 3000 m n.p.m. musieliśmy przyznać się do porażki. Co z tego, że GPS wskazywał tylko 500 metrów do szczytu. Co z tego, że wiedzieliśmy w którą stroną iść do wierzchołka (todo recto). Zmęczeni i zlani lepkim tropikalnym potem stanęliśmy przed splątaną ścianą drzew i zarośli, której nie dałoby się pokonać bez ciężkiej pracy maczetą.
W drodze na dół przynajmniej częściowo dowiedziałem się do czego służą te wszystkie ścieżki prowadzące, z naszego punktu widzenia, donikąd. Oprócz tych, które wiodły do niewielkich plantacji bananów ukrytych między drzewami, sporo z nich służyło mieszkańcom położonych poniżej osad do codziennego transportu z góry drewna na opał, co wytłumaczył nam napotkany po drodze chłopak, który wielką, kilkudziesięciokilogramową wiązkę gałęzi niósł przy pomocy tradycyjnej opaski przewiązanej przez czoło. Taki sposób transportu sprawia, że niemal cały ciężar spoczywa na szyi niosącego, ale nie próbujecie robić tego w domu! Miejscowi Indianie już od małego przyuczają się do takiego wysiłku, ale dla  nieprzyzwyczajonego Europejczyka takie próby mogłyby szybko zakończyć się skręceniem karku.

Piątek, 19 sierpnia
– Guate! Guate! – ze wszystkich stron rozlegają się okrzyki nawoływaczy – pomocników kierowców autobusów, którzy trzymając się barierki, wiszą niemal całkowicie poza pojazdem, łapiąc wiatr we włosy, a muchy w szpary pomiędzy zębami i zgarniając z drogi tych, którzy zmierzają w kierunku stolicy. – Guate, Guate! – oprócz wydawania okrzyków, pomocnicy przeciskają się też przez pojazd, aby zebrać opłatę, pilnują, aby pasażerowie w razie potrzeby cisnęli się w trójkę na dwuosobowej kanapie oraz w razie potrzeby ze zręcznością makaka wspinają się na dach maszyny i przywiązują tam bagaże. Już na trasie, na przykład na Central American Highway 1 (CA-1), będącej fragmentem Trasy Panamerykańskiej z północy Alaski na południe Argentyny, co chwilę do wesołego autobusu dosiadają się kolejni pasażerowie albo sprzedawcy przekąsek i napojów, których kierowca chętnie zabiera bez opłaty za bilet, lecz zazwyczaj pobierając przy tym haracz w postaci części z aktualnie przez nich oferowanego towaru. Nie są rzadkością wędrowni kaznodzieje i ewangelizatorzy, a przy odrobinie szczęścia jazdę mogą nam umilić nawet podróżni klauni, którzy krótkim programem kabaretowym jeszcze bardziej uszczęśliwią nasz, wesoły przecież i bez tego, autobus oraz swoje kieszenie.
Trwają przygotowania do wrześniowych wyborów. Rolę billboardów reklamowych pełnią ściany domów, przydrożne murki i betonowe filary mostów. Przypomina to trochę grę w „papier, kamień, nożyce”, bo wiele partii za swój symbol przyjęło dłoń (a czasem nawet i dwie!), tyle że w różnych konfiguracjach. W Gwatemali przestępczość kwitnie, więc prawicowa Partido Patriota grozi złoczyńcom, wznosząc w górę zaciśniętą pięść. Populistyczny LIDER uniesionym kciukiem pokazuje, że jak ich wybierzecie, to wszystko będzie OK, zaś ustami swego, nomen omen, lidera obiecuje, że narodowa drużyna futbolowa zakwalifikuje się do następnego Mundialu. Gwatemalski Front Republikański natomiast, niczym Wałęsa w 1980 r., tryumfalną wiktorią zawczasu oznajmia rywalom i społeczeństwu swoje zwycięstwo. A może to wszystko tylko po to, aby nawet niepiśmienni obywatele mogli zagłosować? Zamiast wypełniać kartę w lokalu, po prostu przyjdą i pokażą: papier, kamień albo inne nożyce…

Sobota, 20 sierpnia
La Nueva Guatemala de la Asunción, Ciudad de Guatemala, a najlepiej po prostu Guate. Ponadmilionowa stolica kraju, miasto brudne i niebezpieczne, w którym sklepy kryją się za żelaznymi kratami. Klient życzy sobie bułeczkę słodką? Proszę bardzo: przez kraty pokazujesz co byś zjadł, a pani z piekarni specjalną, szerszą szparą podaje twój wymarzony wypiek. Pewnie, widziałem już takie coś – na przykład we Lwowie w sklepie z alkoholem. Tylko że tam chowali się za kratami dopiero nocą, a tutaj nawet w biały dzień stosują takie środki ostrożności. Ciekawe jak to wygląda z fryzjerem – większym otworem wsadzasz głowę z włosami do obcięcia, a mniejszym – rękę z pieniędzmi do zapłacenia?  Cóż, lepsze to niż zapłacić głową i odejść z obciętą ręką.
W okolicach dworca autobusowego nabraliśmy ochoty na rum. Właściwie to ochotę mieliśmy już od dawna, ale teraz nadarzyła się po prostu odpowiednia ku temu okazja. Wejście do pobliskiego lokalnego baru było ozdobione przez symbol przekreślonego pistoletu oraz przez dwóch ochroniarzy stojących obok drzwi. Przeszukali nas, przeglądnęli bagaże i już po chwili stanęliśmy w progu tej uroczej spelunki, budząc wśród klientów pewne poruszenie. Już przy stoliku rzut oka na menu ostudził nasze zapały – przy tych cenach z rumu nici, a jedyny oprócz piwa napój, który nie zniszczy naszego kruchego budżetu, a jednocześnie wzbogaci krwiobieg o upragnione procenty, to tajemnicze Venado. Po błyskawicznym przepuszczeniu tego terminu przez  słownik hiszpańsko-angielski, a następnie angielsko-polski werdykt na ekranie telefonu brzmiał: rogacz. Hm, ta nazwa brzmi jak obietnica wielkiej alkoholowej przygody w egzotycznym kraju… – ¡Señorita, un Venado por favor! – Kelnerka nawet nie próbowała ukryć zdziwienia, a siedzący obok tubylcy uśmiechali się pod wąsem. – A, no i dwa szkła oczywiście. – A co podać do Venado? Cola? Sok? – nalegała kelnerka. Byliśmy jednak nieustraszeni i skoro już złożyliśmy zamówienie, to nie mogliśmy teraz zmiękczać swojej silnej woli sokiem, kiedy patrzą na nas chyba wszyscy klienci tej mordowni. – Nie, samo Venado. – To może chociaż limonkę? – spytała niemal błagalnie. Na to ewentualnie mogliśmy przystać bez uszczerbku na reputacji. Dłuższa chwila minęła, Gwatemalczycy wrócili do swoich spraw i swoich szklanek, ale wkrótce do naszego stolika podeszła kelnerka z tacą w ręku. Z zapartym tchem obserwowałem jej ruchy, gdy stawiała przed nami na stole szklanki, talerzyk z pokrojoną w kawałki limonką i płaską butelkę-ćwiartkę z nierówno naklejoną etykietą, przedstawiającą głowę dostojnego jelenia z dorodnym porożem. No tak, aguardiente – woda ognista, najtańsza wódka w tym lokalu, do tego ciepła i bez popity. A przecież weszliśmy tu, żeby odpocząć i wysączyć małą szklaneczkę smakowitego rumu… Ukradkowe spojrzenia siedzących nieopodal nie dały nam jednak długo rozmyślać nad losem własnym i nad losem jelenia – chwile Rogacza są policzone! Otworzyłem butelczynę, nalałem po pięćdziesiątce i razem z bratem spełniliśmy toast za dalsze powodzenie wyprawy, zagryzając limonką na koniec. – Somos de Polonia, amigo. Z Polski jesteśmy, mój drogi – odpowiedziałem na pytający wzrok siedzącego najbliżej miejscowego. Pokiwał tylko głową ze zrozumieniem.

Poniedziałek, 22 sierpnia
Przekraczamy graniczną Río Paz i wkraczamy do Salwadoru, najmniejszego z państw międzymorza Ameryki Centralnej, gdzie walutą jest dolar amerykański. Noc spędzamy w stolicy, San Salvadorze, gdzie dziesiątki większych (ostatnie w 2001 r.) i setki mniejszych trzęsień ziemi zniosły z powierzchni większość starych budynków. Chyba prędzej niż jakiś interesujący zabytek można tu zobaczyć interesujący napad z bronią w ręku. Jednak mama naszego gospodarza Davida zapewnia z pełnym przekonaniem, że jest  to miasto całkiem bezpieczne. Co prawda chwilę przedtem sam David opowiadał, jak kiedyś w środku dnia na ruchliwym deptaku jego koledze zwyczajnie przystawiono do pleców pistolet i jakiś dżentelmen uprzejmie, acz stanowczo poprosił go o oddanie telefonu, no ale kto by się tam przejmował takimi drobiazgami.
David interesuje się historią i całkiem sporo słyszał o dziejach Polski – wiedział nawet o ludobójstwie w Katyniu. Dzięki Kapuścińskiemu mogę mu się zrewanżować wspomnieniem o wojnie futbolowej z Hondurasem – zapewne jedynym zdarzeniu z historii Salwadoru, które jest szerzej znane w Polsce.

Wtorek, 23 sierpnia
Klimatyzowany budynek salwadorskich pograniczników sprawia, że podczas sprawdzania paszportów aż się chce wetknąć głowę do ich okienka dla chwili wytchnienia od gorącego i parnego powietrza. Tradycyjna rzeka graniczna, tradycyjni rikszarze, którym nawet powieka nie drgnie, kiedy mówią ci, że do przejścia masz co najmniej kilka kilometrów, podczas gdy naprawdę to tylko kilkusetmetrowy spacer, i zaraz wkraczamy do Hondurasu. Za mostem, na końcu drogi otoczonej z obu stron małymi budami z blachy falistej, w których można kupić zimną colę i ciepłe tacos, stoi buda większa, przyjmująca kształt bramy. Niebieska farba wielkimi płatami odchodzi z jej ścian, a duża, metalowa tablica z jakąś mapą, przytwierdzona do ściany budynku, złamała się w pół, ukazując swoje zardzewiałe plecy. Wszędzie walają się papiery, stare kartony i plastikowe butelki. Wokół budowli tej w bezładzie stoją samochody i motoriksze, w cieniu utworzonej przez budynek bramy gnieżdżą się małe kramiki sprzedawców, a na wszystko to spogląda znudzonym wzrokiem kilkunastolatek z włosami na żel i białą podkoszulką, trzymający gruby jak cegła plik dolarów związany gumką recepturką – rodzaj przenośnego kantoru. Budowla ta stoi na niewielkim, wylanym asfaltem placyku i, owszem, można przez jej środek przejść, ale równie dobrze można ją swobodnie okrążyć z prawej lub z lewej, nie będąc przez nikogo ani nic zatrzymywanym. A więc to tak wygląda honduraski posterunek graniczny… Szkoda, że nie możemy spędzić w tym kraju więcej czasu.
Honduras. Jakże piękny musi być kraj, który swoją walutę nazwał lempira! To brzmi jak połączenie lamparta i wampira… Niestety nawet nie miałem okazji zapłacić za cokolwiek tą walutą, bo przez Honduras tylko przemknęliśmy w drodze do Nikaragui, a kierowca w autobusie z zadowoleniem przyjął amerykańskie dolary z Salwadoru.

 Środa, 24 sierpnia
W Leon kupujemy dwie niebieskie koszulki na ramiączkach z napisem Nicaragua. Trochę za małe i jak podnoszę ręce do góry, to wystaje mi brzuch, ale to ostatnie sztuki, więc nie ma wyboru. Do tego bierzemy jedno cygaro, dwa piwa miejscowe Toña i udajemy się nad pobliski Pacyfik, aby palić i pić. Znajdujemy hamak rozwieszony między palmami i niemiłosiernie krztusząc się dymem pozujemy do zdjęć z cygarem w zębach. Nie wiem, czy nikaraguańskie cygara też są zwijane na spoconych kobiecych udach, jak podobno kubańskie, ale jeśli tak, to do mojego coś się musiało chyba przykleić z tych ud. Toż to otruć się idzie! Z baru na plaży dostajemy dwie słomki, a następnie, tworząc z naszej dwójki ludzką piramidę, szabrujemy kokosy z palmy, do tegoż baru należącej. Są okryte grubą, mięsistą skórą i nijak nie chcą się dać rozbić o nadmorskie skały. Na szczęście wystarczy mała dziura zrobiona scyzorykiem i już orzeźwiająca água de coco koi nasze gardła. Żyć nie umierać.

Czwartek, 25 sierpnia
Kulinarnie. Śniadanie jeszcze w Leon – smażony banan, wyglądający trochę jak parówka (ale zupełnie inny niż znane nam banany – na surowo niedobry i twardy niczym ziemniak), jajecznica, czerwona fasola i sok Sabor de Jamaica – Smak Jamajki. Obiad już w Granadzie – specjalność tego miejsca to vigorón. Danie to, podawane na ogromnych liściach bananowca, składa się z gotowanych pędów juki, smakujących jak namoczona gąbką bądź nie mających smaku wcale (nie byliśmy zgodni co do tego), chicharróna i jakiejś sałatki coleslaw albo inny boleslaw, z czego tylko to ostatnie jest w miarę zjadliwe. A czym właściwie jest chicharrón? No cóż, ze świńskiej skóry można uszyć wygodne buty, da się także zrobić z niej elegancką aktówkę… A można też usmażyć ją w głębokim oleju i podać jako chicharrón. Uczucie mniej więcej takie, jakby się jadło smażone w głębokim oleju buty albo aktówkę. Na osłodę zaś można wybrać lody. W zamykanym wnętrzu niewielkiego wózka, jakich pełno krąży po ulicach nikaraguańskich miast, kryje się ogromna bryła lodu. Sprzedawczyni szybkimi ruchami ściera wierzchnią jego  warstwę i powstały w ten sposób „śnieg” wkłada do foliowego woreczka. Teraz wystarczy jeszcze tylko wybrać swój smak i kilka kropel owocowego syropu ląduje w woreczku, który za chwilę, już zawiązany, trafia w nasze ręce. Aby dobrać się do naszej zimnej słodkości trzeba teraz zębami wyharatać dziurkę na rogu woreczka i wysysać deser, stopniowo ściskając foliowego flaka. Proste?
Ale nawet najtwardsza świńska skóra i najsłodszy śnieg w woreczku nie pozwolą nam zapomnieć, że pewne rachunki pozostały niewyrównane. Z Granady płyniemy na wyspę Ometepe, aby tam ponownie spróbować wulkanizacji. Leżąca na środku Jeziora Nicaragua Isla de Ometepe właściwie cała składa się z wulkanów – dwóch, połączonych ze sobą wąskim przesmykiem. Trzygodzinny rejs statkiem dał okazję, aby nacieszyć się widokiem obu wierzchołków, przyozdobionych jedynie niewielkim pióropuszem chmur u szczytu i pozwolił zdecydować: jutro zdobywamy ten większy, Volcán Concepción, dumnie wznoszący się ponad 1500 metrów nad poziom jeziora. Liczne wypadki turystów, którzy na własną rękę podejmowali wspinaczkę bez żadnego przygotowania sprawiły, że wprowadzono tu obowiązek wynajęcia przewodnika. Nasz hotelik oczywiście oferował usługi przewodnickie, jednak szybka kalkulacja nie pozostawiła miejsca na wątpliwości – za cenę, którą zażyczył sobie za wprowadzenie nas na szczyt miejscowy przewodnik – guía, można kupić 17 litrów piwa Toña w pobliskim barze. Wybór mógł być tylko jeden.

Piątek, 26 sierpnia
– Amigos, nie możecie iść dalej. Gdzie jest wasz guía? – Z prowizorycznej budki u podnóży wulkanu, na początku szlaku, wychylił się mężczyzna. No tak, można się było tego spodziewać. Skoro ktoś wymaga przewodnika, to pewnie też i ktoś będzie sprawdzał, czy takowy jest obecny z turystami. Nie pozwoliłem jednak tak łatwo zawrócić się z drogi. – Ależ señor, to jest nasz guía… electrónica! – Mężczyzna spojrzał na odbiornik GPS, który trzymałem w ręku, a jego twarz rozjaśniła się, kiedy dodałem: – Mamy tu specjalne mapy całego wulkanu i z pewnością nie zabłądzimy ani nie stanie nam się nic złego! Oczywiście w tym regionie nie mogło być mowy o żadnej szczegółowej mapie, jednak strażnik wulkanu bez zawahania uwierzył w tę historię, a nawet dołożył coś od siebie: – A, rozumiem. Możecie się dzięki temu kontaktować z przewodnikiem, który czeka na was na dole. W takim razie możecie iść! –  Nie zastanawiał się długo nad zmianą decyzji. – Tylko wpiszcie się tu do księgi i napiszcie obok, że macie przewodnika elektronicznego. Wiecie, gdyby coś wam się stało, to nie chcę mieć problemów z policją.

Droga ku wierzchołkowi była prosta, ale monotonna i męcząca. O ile jeszcze rano cała góra była doskonale widoczna, a jedynie niewielkie skrawki chmur czepiały się skał w pobliżu wierzchołka, to teraz z każdym krokiem stawało się jasne, że na widoki ze szczytu nie ma co liczyć. Ścieżka wiodła przez dżunglę, gęste zarośla, a potem także i gęstą mgłę. A ostatnie metry to już Mordor, Szczelina Zagłady i w ogóle Highway to Hell. W nozdrza uderzył nas zapach siarki. Volcán Concepción wciąż jest aktywny i od czasu do czasu serwuje okolicznym mieszkańcom chwile grozy. Pod stopami czuć, że ziemia jest gorąca, ale dopiero po przyłożeniu ręki można się przekonać jak bardzo – nawet nie da się dłużej dotykać dłonią podłoża! I wreszcie szczyt. Wąska niczym w Alpach grań z jednej strony kończy się sypkim czarnym zboczem, po którym przyszliśmy, a z drugiej opada ostrą, pokrytą siarczaną glazurą ścianą do wnętrza krateru, wypełnionego teraz gęstą parą niczym ogromny kocioł czarownicy. W środku wiatr miesza gwałtownie gotując straszną zupę i jestem pewien, że chętnie dorzuciłby tam jeszcze jakieś kawałki mięsa… Odchodzę dalej od krawędzi krateru. Aby uczcić długo wyczekiwany sukces w dziedzinie wulkanizacji, otworzyłem paczkę ciasteczek, które miesiąc temu dostałem od niemieckiej stewardessy w samolocie, a które przejechały całą trasę razem ze mną w plecaku i czekały właśnie na taką okazję. Warto było zatrzymać je do tej pory, bo w innym miejscu na pewno nie smakowałyby tak samo. A tymczasem położne na ziemi opakowanie po ciastkach zaczyna się powoli zwijać i skręcać od gorąca… Pora schodzić i oblać zdobycie góry choć częścią z tych 17 litrów piwa, jakie udało nam się zaoszczędzić dzięki pomocy guía electrónica.

Niedziela, 28 sierpnia
„Ciemnych przejść… późnych pór… brudnych ulic gdzie jest mrok – strzeż się tych miejsc!” – śpiewał kiedyś Lech Janerka. „Strzeż się tych miejsc!” – krzyczy także przewodnik w rozdziale o San José, stolicy Kostaryki. Otoczenia terminalu autobusowego „Coca-Cola”, dzielnic 15 de Septiembre, Cristo Rey, Los Cuadros, dystryktu czerwonych latarni na południe od Parku Centralnego… Strzeż się! Okolice dworców autobusowych zawsze należą do najniebezpieczniejszych miejsc. Szczególnie w środkowoamerykańskich stolicach i szczególnie nocą. A my właśnie przyjechaliśmy na jeden dworzec i musieliśmy się dostać na inny, kilka kilometrów dalej, aby złapać autobus do Panamy. A to wszystko około godziny 22.  – Weźcie taksówkę. Nocą ta dzielnica jest bardzo niebezpieczna – życzliwie radził ktoś ze stojących prze autobusie. Taksówkę? Dla pokonania dwóch kilometrów?
Ulice w centrum San José nie mają nazw, lecz numery i przecinają się pod kątem prostym, układając w niemal idealną szachownicę. Skoro musimy dojść na skrzyżowanie Alei 23 i Ulicy 5 to znaczy, że trzeba pójść jeszcze 10 przecznic prosto i 6 w lewo. Albo 4 prosto, 2 w lewo, 6 prosto i potem 4 w lewo. Albo… Tu nie wygląda to zbyt ciekawie, nie skręcajmy jeszcze… Tam stoją jakieś podejrzane typy, idziemy dalej prosto… Tędy jeździ trochę samochodów i są jakieś światła, można by tu skręcić… Ciemne zaułki i ciemne typy. Brudne chodniki i brudne interesy. Czarne charaktery i czarny rynek. „Unikać dzielnicy czerwonych latarni, unikać dzielnicy czerwonych latarni, unikać…” Uuups! Gruby alfons ze złotym łańcuchem na szyi stoi przed lokalem i gada przez komórkę. Szkarłatny neon płonie obok wejścia i wygina się w tańcu go-go… Szybko, jedną przecznicę prosto, jedną w lewo, szybko. Run Forest, run! Go! Go-go, go-go! Na terminalu autobusowym okazuje się, że tej nocy nic w stronę Panamy już nie jeździ. Kolejny transport o 5 rano, a na dworcu nie można przeczekać, najbliższy hostel  znajduje się… – Weźcie taksówkę. Nocą ta dzielnica jest bardzo niebezpieczna. Mnie samego tutaj napadnięto, choć przecież jestem stąd – brzmiała kolejna dobra rada. Kolejna dobra, zignorowana przez nas, rada. A najbliższy hostel, to wcale nie hostel najtańszy, zatem: 7 przecznic prosto i 9 w prawo. Albo 2 prosto, 3 w prawo, 5 prosto i 6 w prawo. Albo…

Poniedziałek, 29 sierpnia
Pogasły czerwone neony. Czerwone promyki wysyła teraz wracające po nocy słońce, którego pierwsze promyki wesoło odbijają się w metalu kolczastego drutu jaki wieńczy wysokie mury, strzegące tu wielu domów przed złym. Nie wygląda już tak strasznie San José o poranku…

Czwartek, 1 września
– Kalifornia, jesteście tu?! Nie słyszę! – rozlega się głos z głośników. A Kalifornia na to: – Uuuuu! Yeah! – A czy jest tutaj ktoś z Florydy? Dajcie sygnał! A Floryda w odpowiedzi: – Uuuuu! Yeah! Monstrualnych rozmiarów kontenerowiec z wielką precyzją, ale też i bardzo wolno wpływał do śluzy kanału, jednak rozemocjonowany wodzirej z mikrofonem w ręku tryskał taką energią, że potrafiłby zaciekawić widzów nawet oglądaniem procesu schnięcia betonu na budowie. Co chwilę przeskakiwał z angielskiego na hiszpański i podrywał do głosu kolejne grupy turystów latynoskich (którzy i bez tego tryskali entuzjazmem) oraz amerykańskich (którym taka zachęta się przydawała, bo byli często w wieku emerytalnym). Do tego co chwilę wplatał ciekawe informacje na temat Kanału Panamskiego, Śluzy Gatún, na której właśnie się znajdowaliśmy, i samego statku, skracającego sobie właśnie drogę z Atlantyku na Pacyfik o dobrych parę tysięcy mil morskich i wiele długich dni żeglugi. – Spójrzcie, to statek typu Panamax, którego wymiary są specjalnie dostosowane do długości i szerokości śluz na Kanale! Przed wami imponujące 294 na 33 metry wspaniałego kontenerowca! – Konferansjer szalał, widzowie robili zdjęcia i machali do załogi singapurskiego statku, a w tym czasie ubrana w pomarańczowe kombinezony załoga… stała przy burtach, pozdrawiała widzów i z takimi samymi emocjami oddawała się utrwalaniu tej chwili na kamerach i aparatach. Wszyscy uczestnicy tego misterium postępu technicznego, tego nabożeństwa w świątyni ludzkich zdolności inżynieryjnych, niezależnie od tego, po której stronie burty stali, byli zafascynowani majestatycznie sunącym olbrzymem, który tak szczelnie wypełniał przestrzeń komory wodnej śluzy, że zdawał się niemal szurać o jej ściany. W końcu liczy się każdy centymetr kwadratowy powierzchni – pomyślcie tylko o ileż więcej długopisów można by przywieźć z Chin, gdyby trzystumetrowy statek był o choćby centymetr szerszy z każdej strony!
Spektakl skończony i mija też ostatni nasz dzień w Ameryce. Kiedy wracamy, odnajduję miejsce, z którego wodzirej nadaje swoją audycję na żywo i szepczę mu słówko. Po chwili słychać: – Pozdrawiamy dwójkę naszych gości z Polski! A Polska na to: – Uuuuu! Yeah!