Czy Wielka Brytania przetrwa Brexit?

Czy Wielka Brytania przetrwa Brexit?

Judas Everett

- kategorie: Polityka

Być może najlepsza chwila na analizę przyczyn i skutków Brexitu nadejdzie dopiero za kilka dekad. Biorąc jednak pod uwagę obecne zaangażowanie Londynu w przygotowanie do tego, co nieuchronnie nastąpi, z pewnością warto spróbować zrozumieć kluczowe wydarzenia już teraz.

Niewiele można powiedzieć o kampanii Remain – na rzecz pozostania Wielkiej Brytanii w strukturach unijnych. Z pewnością nie była ona jednak odzwierciedleniem kampanii Leave i bezpośrednią reakcją na argumenty drugiej strony. Samo to jest już interesującą obserwacją, ale sprawia też, że wszelką analizę najlepiej rozpocząć właśnie od kampanii na rzecz opuszczenia Unii Europejskiej.

Argumenty w kampanii

Do trzech głównych założeń przeciwników członkostwa w UE należało: odzyskanie suwerenności, kontrola imigracji oraz reforma finansów państwa.

Argument oparty na suwerenności jest zasadniczo niepodważalny. Nie ma wątpliwości, że członkostwo w UE zmniejszyło suwerenność Brytyjczyków, choć przecież stało się to za przyzwoleniem państwa. Niektórzy twierdzili nawet, że suwerenność ta została zachowana, bowiem Wielka Brytania mogła opuścić Unię Europejską bez zgody Brukseli. Faktycznie, sytuacja Londynu względem UE znacząco różni np. od położenia Katalonii w stosunku do Hiszpanii, jednak kłamstwem byłoby twierdzenie, że suwerenność została w całości obroniona. Czy jednak ma ona aż tak wielkie znaczenie? To zupełnie osobna kwestia, która jest podnoszona najczęściej dopiero wtedy, gdy nowy suweren nakłada kolejne obowiązki, z którymi nie zgadzają się poddani. W tym przypadku jednak do to tego nie doszło – wystarczy przytoczyć badania Sary Hagemann i Simona Hix z organizacji UK in a Changing Europe, według których od 1999 r. Wielka Brytania opowiedziała się przeciw regulacjom proponowanym przez UE tylko w 2% głosowań.

Z drobnymi wyjątkami argument bazujący na sprawie kontroli imigracji nie był przedstawiany w sposób rasistowski lub ksenofobiczny. W kampanii przede wszystkim twierdzono, że Wielka Brytania po prostu ma prawo regulować napływ ludności na swoje terytorium i że dla kraju korzystniejsze będzie inne podejście do tego problemu niż open door policy (polityki otwartych drzwi). Nie da się ukryć, że w tej argumentacji jest nieco prawdy. Jest to również jeden z niewielu obszarów, w których faktyczne znaczenie ma suwerenność Londynu wobec UE. Paradoksalnie jednak, system punktowy, który często proponowany jest z dopiskiem „tak jak to robią w Australii”, pozwoliłby na napływ jeszcze większej liczby ludności niż polityka otwartych drzwi. Największe znaczenie ma tutaj jednak fakt, że reforma obecnego systemu imigracyjnego wiązałaby się z opuszczeniem unijnego jednolitego rynku. Co prowadzi nas do punktu trzeciego – pieniędzy.

Bodaj najbardziej niesławnym przykładem użycia argumentu finansowego w akcji Leave było hasło, jakim obklejony był kampanijny battlebus, który zjeździł Wielką Brytanię wzdłuż i wszerz. „Wysyłamy do UE 350 mln funtów tygodniowo. Przeznaczmy te pieniądze na NHS (National Health Service – państwowa służba zdrowia w Wielkiej Brytanii – przyp. red.)”. Zapewne, zważywszy na reputację polityków, nikt nie powinien traktować takich obietnic poważnie, ani rozumieć ich dosłownie. Mimo wszystko przekaz był jednak następujący: po wyjściu z UE Wielka Brytania przeznaczy więcej pieniędzy na wydatki publiczne. Kampania Remain skupiła się w całości na zdyskredytowaniu tej konkretnej kwoty przedstawionej na battlebusie. Być może akcja zwolenników pozostania w strukturach unijnych byłaby jednak bardziej skuteczna, gdyby więcej uwagi poświęcono innemu argumentowi: opuszczenie UE, przy równoczesnym utrzymaniu dostępu do jednolitego rynku, wiązałoby się z jeszcze większymi kosztami (nie wspominając o tym, że polityka otwartych drzwi pozostaje jednym z wymagań takiego dostępu). Jedyne, co by się zmieniło, to odzyskanie zupełnie mglistej suwerenności. Co więcej, samo korzystanie z jednolitego rynku nie dałoby Wielkiej Brytanii jakiegokolwiek wpływu na powstające w Brukseli prawo, które Londyn i tak musiałby w tej sytuacji akceptować. Mając świadomość tych kontrargumentów, warto zastanowić się, dlaczego argument oparty na finansach państwa okazał się tak skuteczny?

Głębsze przyczyny

Odpowiedź na zadane wcześniej pytanie wiąże się z głębszymi przyczynami Brexitu. Porównując dwa ostatnie słynna referenda, głosowanie w sprawie wyjścia z UE ma zupełnie inny kontekst niż to dotyczące niepodległości Szkocji, mimo że taktyka kampanii Remain pozostała taka sama. Trzeba zatem odpowiedzieć na pytanie, dlaczego slogany oparte na strachu okazały się skuteczne w Szkocji, ale już nie podczas Brexitu. W pewnej części stało się tak pewno dlatego, że Szkocja dobrze rozumiała pewien istotny fakt – to, że sama nie jest w stanie się utrzymać, a jej potencjalne członkostwo w UE byłoby prawdopodobnie zablokowane przez takie kraje jak Hiszpania, które mają swoje własne problemy z autonomicznymi regionami. Nie jest to jednak cała historia, zaś dalszych przyczyn należy doszukiwać się gdzie indziej.

Fakt, że Szkocja nie będzie w stanie samodzielnie konkurować na arenie międzynarodowej, był dla wszystkich oczywisty. Z drugiej jednak strony pomysł, że cała Wielka Brytania nie mogłaby być postrzegana jako równorzędny partner, był odczytywany jako czysto defetystyczny i stał w wyraźnym konflikcie z dumną historią tego państwa. W mediach społecznościowych często spotykane były wypowiedzi, według których po wyjściu z UE Wielka Brytania wróci do swojego statusu sprzed wstąpienia do Wspólnoty. Zważywszy na to, że Wielka Brytania przed wejściem do UE była krajem kolonialnym i że globalizacja zrobiła przez ostatnie dekady ogromny postęp, trudno powiedzieć, czy tego typu wypowiedzi mają jakikolwiek związek z rzeczywistością. Nie to jest jednak tutaj najważniejszym argumentem. W całej sprawie najistotniejsze jest bowiem poczucie historycznej dumy dawnej światowej potęgi, które przekłada się na tożsamość Wielkiej Brytanii. Właśnie tego brakuje niewielkiej Szkocji.

Poza sprawą samoidentyfikacji pojawiła się również kwestia finansowa, która – odpowiednio rozdmuchana – umożliwiła rozkwit społecznej frustracji. Badania przeprowadzone przez Zgromadzenie Związków Zawodowych (TUC) pokazały, że pomiędzy 2007 a 2015 r. realne przeciętne wynagrodzenie w Wielkiej Brytanii spadło o 10,4% – najwięcej wśród wszystkich państw OECD (Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju). O ile związki zawodowe mogą nie być najbardziej obiektywnym źródłem informacji, o tyle problemy związane z przeciętnym wynagrodzeniem są bezsprzecznie prawdziwe. Niestety, to zjawisko zbiegło się w czasie z masowym napływem imigrantów z Unii Europejskiej, zwłaszcza z Polski i krajów bałtyckich. Wiele badań wykazało, że ta imigracja ma pozytywny wpływ na ostateczny bilans finansów państwa, jednak równocześnie kojarzy się ona z trudniejszymi czasami. Podobnie sprawa wygląda w przypadku NHS, odpowiednika polskiego NFZ, i innych usług świadczonych przez państwo. O ile imigracja może sprawić, że takie usługi w krótkiej perspektywie znajdą się pod dodatkowym obciążeniem, o tyle efekt długofalowy jest wręcz odwrotny z racji dodatniego migrantów wkładu w budżet państwa. Niestety, podczas sześciu lat poprzedzających Brexit Wielka Brytania, z powodów politycznych, stosowała politykę cięć w obszarze wydatków publicznych. Ponownie więc napływ pracowników z krajów Unii Europejskiej zbiegł się w czasie z niedofinansowaniem sektora usług publicznych.

Upadek

Prawdopodobnie niewielu Brytyjczyków uroni łzę po premierze Cameronie i jego świcie, jednak należy pamiętać, jakie konsekwencje przyniósł jego upadek. Być może główną przyczyną braku współczucia wobec Partii Konserwatywnej jest powszechnie panujące poczucie, że przeniosła ona swoje wewnętrzne spory na całe społeczeństwo. Juz od czasu Margaret Thatcher zagadnienie integracji europejskiej powodowało w tej partii ostre podziały. Kwestia ta była również decydująca w wyborze Johna Majora jako następcy Żelaznej Damy, ponieważ był on w stanie zręcznie utrzymać w równowadze obydwa skrzydła Konserwatystów.

Gdy referendum zostało już ogłoszone, nikt nie mógł z pewnością przewidzieć jego wyniku. Jak powiedział kiedyś brytyjski mąż stanu Winston Churchill, „najlepszym argumentem przeciwko demokracji jest pięciominutowa rozmowa z przeciętnym wyborcą”

Wszystko to jednak upadło razem z wynikami referendum. Jak już wcześniej wspomniano, polityka cięć nałożyła dodatkowy ciężar na usługi publiczne, w tym służbę zdrowia, co popchnęło brytyjskie społeczeństwo do szukania coraz bardziej desperackich rozwiązań. Jeżeli referendum odbyłoby się wcześniej, jego wynik mógłby być zupełnie inny. Paradoksalnie, było ono jednak blokowane przez silnie proeuropejską partię Liberalnych Demokratów, koalicjanta Konserwatystów między 2010 a 2015 r. Gdy referendum zostało już ogłoszone, nikt nie mógł z pewnością przewidzieć jego wyniku. Jak powiedział kiedyś brytyjski mąż stanu Winston Churchill, „najlepszym argumentem przeciwko demokracji jest pięciominutowa rozmowa z przeciętnym wyborcą”. Polityczne elity nie były w stanie przewidzieć, co postanowi elektorat, i wyniki okazały się szokujące prawie dla wszystkich. W ostateczności doprowadziły one do upadku rządu premiera Camerona i wzrostu znaczenia innego polityka Partii Konserwatywnej, który lobbował za pozostaniem w UE – Theresy May. Oglądanie zwolennika UE walczącego o „twardy” Brexit wygląda jak odcinek „Black Mirror” czy innego satyrycznego serialu, ale w Wielkiej Brytanii stało się to w ostatnich miesiącach codziennością. Trochę wytchnienia przyniósł premier May lider opozycji Jeremy Corbyn, mocno krytykowany przez prasę za zmianę własnych poglądów w sprawie Brexitu po tym, jak przyrzekł respektować wolę elektoratu. May musiała walczyć z sądami i walkę tę przegrała, gdy w styczniu 2017 r. Sąd Najwyższy Zjednoczonego Królestwa stwierdził, że proces wyjścia Wielkiej Brytanii z UE może być rozpoczęty tylko po wcześniejszej zgodzie parlamentu brytyjskiego. Premier oficjalną zgodę na Brexit jednak dostała, co zapobiegło jeszcze większemu kryzysowi konstytucyjnemu. Pozostaje pytanie, co rząd May z tak uzyskaną zgodą zrobi.

Przyszłość

Bez znaczenia jest, ile razy premier powtórzy „Brexit znaczy Brexit”. Wydaje się bowiem, że nie ma wyznaczonej jednej drogi wyjścia z UE. Istotne jest jednak, że Theresa May ma na swoim koncie kilka głosowań przeciwko prawom człowieka czy rozwiązaniom legislacyjnym chroniącym pracowników. „Twardy” Brexit może oznaczać wprowadzenie modelu bliższego Stanom Zjednoczonym niż kontynentalnej Europie – coś, czego Wielka Brytania nie widziała od czasów rządów premiera Atlee. Prywatyzacja oraz półprywatyzacja kluczowych usług publicznych jest jedną z opcji, po którą premier May może sięgnąć w sposób dotąd niespotykany. Pewna część brytyjskiego społeczeństwa, choć zgodnie z sondażami nadal mniejszość, zaciera ręce na takie plany. Partie opozycyjne nie będą w stanie przeciwstawić się rządowi bez względna to, jaką drogę obierze. Nie jest jednak pewne, jaki będzie miało to wpływ na Wielką Brytanię.

Szkocja i Irlandia Północna wydają się być najbardziej zagrożone takim obrotem spraw. Szkocja tradycyjnie prowadzi politykę wydatków publicznych kompatybilną z filozofią UE i Wielkiej Brytanii sprzed wprowadzenia programu cięć. Region ten może pokusić się o próbę oderwania od Londynu, żeby chronić swoje wysokie wydatki publiczne. Inną ważna kwestią jest fakt, że jednym z głównych powodów, dla którego Szkoci głosowali za pozostaniem w Wielkiej Brytanii podczas ostatniego referendum niepodległościowego, była chęć pozostania w UE. Uczucie to nie zmieniło się w czasie ostatnich kilku lat, co jest dobrze widoczne, gdy spojrzy się na odsetek Szkotów głosujących za pozostaniem w UE. Szkocja to jednak tylko część kłopotów, jakie mogą czekać integralność Wielkiej Brytanii po wyjściu z UE. Również pokój w Irlandii Północnej może stanąć pod znakiem zapytania, jako że członkostwo w UE było jednym z filarów umowy, która zakończyła ostatnio niespokojny okres w historii kraju. Choć jest jeszcze za wcześnie na jakiekolwiek przepowiednie w tej kwestii, to zarówno Tony Blair jak i John Major wyrazili swoje zaniepokojenie przyszłym obrotem spraw. Trudno powiedzieć, czy Wielka Brytania przetrwa Brexit, ale jeśli tak, to prawdopodobnie będzie się to wiązało z przyznaniem większej samorządności częściom składowym państwa.

Przyszłość Zjednoczonego Królestwa odznacza się obecnie niepewnością, jednak uczucie to musi być bez porównania większe wśród obywateli UE mieszkających w Wielkiej Brytanii. Pomysł, żeby przeprowadzić masowe deportacje na wzór USA, nie wchodzi w grę i ani May, ani jej otoczenie nigdy nie sygnalizowało czegoś podobnego. Jednak ogólne zwiększenie restrykcji jest prawdopodobne. Z drugiej strony, jeśli Brexit doprowadzi do zapaści gospodarczej, jak wielu przewiduje, i May faktycznie ograniczy przywileje pracownicze, czego także wielu się obawia, Wielka Brytania może przestać przyciągać potencjalnych imigrantów. Może to wręcz spowodować powroty tysięcy lub nawet setek tysięcy obywateli UE do ich ojczyzn. Inni mogą natomiast zostać i starać się przetrwać ciężkie czasy. Przyszłość obywateli UE w Wielkiej Brytanii wydaje się pewniejsza niż przyszłość samej Wielkiej Brytani. Niestety, to żadne pocieszenie.

 

tłumaczenie: Kacper Zając

fot. wikipedia.org