Kirigstan – U stóp Niebiańskich Gór

Kirigstan – U stóp Niebiańskich Gór

Katarzyna Kowalska

- kategorie: Podróże

Jeden z tych nie do końca odkrytych, tajemniczych „stanów” Azji Centralnej. Mały, górzysty kraj, ginący na mapie gdzieś pomiędzy ogromnymi Chinami i bezkresnym, stepowym Kazachstanem. Plemienne tradycje, górskie pastwiska i jurty. Sowiecka przeszłość, gwałtowne rewolucje i wciąż niespełnione demokratyczne aspiracje. Przez rok mieszkania w Kirgistanie dane mi było odkryć zupełnie różne oblicza tego kraju – od zachwycającej, nieskażonej natury i urzekających krajobrazów, poprzez cudownie chaotyczny Biszkek wraz z jednym z największych bazarów Azji, aż po walkę z biurokracją i wizję deportacji.

Za każdym razem, kiedy pytałam moich kirgiskich uczniów o to, co najbardziej lubią w swoim kraju, wszyscy bez wyjątku wymieniali dwie rzeczy: jezioro Issyk-Kul i góry. Pierwszej odpowiedzi trudno się dziwić, wszak Issyk-Kul to drugie co do wielkości jezioro wysokogórskie na świecie i większość Kirgizów jest przekona, że znakomicie rekompensuje im ono brak dostępu do morza. Issyk-Kul dobrą sławą cieszył się już za czasów ZSRR – wielu wysokopostawionych polityków radzieckich odpoczywało od moskiewskiego zgiełku właśnie na issykkulskich daczach (inna sprawa, że jezioro pełniło również funkcje trochę mniej wypoczynkowe – jego wschodnia część służyła jako poligon wojskowy, na którym testowano radzieckie torpedy). Niewątpliwie do dziś Issyk-Kul pozostaje najpopularniejszym miejscem letniego wypoczynku Kirgizów. Jezioro o powierzchni ponad 6 tys. km2 ma do zaoferowania naprawdę wiele, w tym cudowne widoki ośnieżonych szczytów na przeciwległym brzegu. Oprócz krajobrazów na urlopowiczów czeka też dobra zabawa. Na północnym wybrzeżu aż roi się od kurortów i hałaśliwych dyskotek pełnych nowobogackich turystów z Rosji i Kazachstanu, zajadających smażone ryby i szaszłyki. Jest to niewątpliwie najpopularniejsza część wybrzeża, przez całe lato niemożliwie zatłoczona, a swoim lekko przaśnym klimatem przypominająca polskie nadmorskie imprezy z lat 90.  Na szczęście do dyspozycji turystów szukających spokoju i kontaktu z naturą pozostaje cały południowy brzeg, na którym można rozbić namiot na jednej z wielu dzikich plaż lub też zatrzymać się w małym, domowym pensjonacie i całymi dniami objadać gospodarzy z rosnących dosłownie wszędzie moreli. Moim ulubionym miejscem na południowym brzegu jest malutka miejscowość o nazwie Kaji-say, w której oprócz dwóch szaszłyk-barów największą atrakcją jest spora, metalowa konstrukcja (trochę przypominająca billboard), na której Lenin, ściskając w ręku czapkę, woła: „Naprzód ku zwycięstwu komunizmu!”. Mieszkańcy Kaji-sayu to ludzie bardzo praktyczni. Na pytanie, dlaczego po 20 latach od zmiany ustroju Lenin stoi tam gdzie stał, odpowiadają z uśmiechem: „Jeszcze jest dobry. Jak całkiem zardzewieje, to się go usunie”. Tutaj, na południu Issyk-Kulu, czas płynie zdecydowanie inaczej.

Marszrutką w Tienszan
Tak jak nie można sobie wyobrazić Kirgistanu bez jego najważniejszego jeziora, tak i góry są jego nieodłączną i bodaj najbardziej charakterystyczną częścią. Trudno się dziwić roli, jaką odgrywają w tym kraju –  wszak zdecydowana większość powierzchni Kirgistanu położona jest w obrębie monumentalnego łańcucha Tienszan. Jedna trzecia kraju znajduje się powyżej 3000 m n.p.m., a średnia wysokość nad poziomem morza wynosi aż 2700 metrów. Nawet nad położonym bardzo nisko, jak na standardy kirgiskie, Biszkekiem (800 m n.p.m.) dominują ośnieżone szczyty, a zaledwie 40 km od stolicy rozciąga się malowniczy, górski park narodowy Ala Archa. Od pierwszych wiosennych dni aż do wczesnej jesieni jest to jedno z najbardziej obleganych przez mieszkańców Biszkeku miejsc wypoczynku. Z reguły cała rodzina wraz z szerokim kręgiem przyjaciół i znajomych ciasno usadawia się w kilku wynajętych marszrutkach i już po niespełna godzinie jazdy można rozpocząć wspólny piknik u podnóża Tienszanu, w malowniczej scenerii pełnej górskich potoków i małych wodospadów. Brzmi prosto, jednak jest to nie lada wyzwanie logistyczne, przede wszystkim ze względu na jedzenie, gdyż praktycznie żadnego kirgiskiego spotkania w większym gronie nie sposób sobie wyobrazić bez stołu uginającego się pod ciężarem tradycyjnych przysmaków. Dzień wcześniej zaczynają się zatem przygotowania – kobiety gotują typowe kirgiskie potrawy, a mężczyźni przygotowują mięso, które później na miejscu pieką na przywiezionym, bądź też naprędce skleconym z kamieni „grillu”. Większość uczestników takich biesiad zatrzymuje się na stosunkowo nisko położonych polanach, ale naprawdę warto pokusić się o wycieczkę w wyższe, dużo rzadziej odwiedzane części tego parku narodowego, nie tylko w poszukiwaniu jeszcze bardziej zapierających dech w piersiach widoków.

Niebosiężny Szczyt Zwycięstwa
To, co jednak przyciąga do Kirgistanu największą ilość ekstremalnych podróżników, to jednak oczywiście naprawdę wysokie, trudne do zdobycia wierzchołki Niebiańskich Gór, w tym kilka siedmiotysięczników, między innymi najwyższy szczyt kraju, mierzący 7439 m n.p.m., położony na granicy z Chinami Szczyt Zwycięstwa. Kirgistan to zatem prawdziwy raj dla wielbicieli mrożących krew w żyłach wspinaczek. Niestety znaczna część uczestników wypraw ogranicza się do eksploracji tylko najwyższych partii, nie spędzając zbyt wiele czasu na odkrywaniu pozostałych części kraju. Wielka szkoda, gdyż postrzeganie Kirgistanu tylko jako miejsca do górskich wędrówek wydaje się krzywdzące dla niezwykłej tradycji i zwyczajów tego kraju.

Jednym z najciekawszym elementów kirgiskiej kultury była dla mnie tamtejsza sztuka kulinarna. Jedzenie od pokoleń odgrywa w Kirgistanie niezmiernie ważną rolę. Wspólny posiłek to przede wszystkim szansa na międzypokoleniową integrację i umacnianie rodzinnych więzów. Żeby wszystko przebiegało w dobrej atmosferze, jedzenie musi być oczywiście przygotowane perfekcyjnie i w tym kirgiskie panie domu są rzeczywiście niedoścignione. Większość tradycyjnych dań to potrawy mięsne, najczęściej z wołowiny lub baraniny. Kirgistan to zatem raczej niezbyt dobre miejsce dla wegetarian. Żeby dostać bezmięsne danie trzeba się sporo natłumaczyć i liczyć się z tym, że na naszym talerzu tak czy inaczej wyląduje szynka lub kurczak, które za mięso uznawane nie są. Tradycyjnie na kirgiskim stole króluje baranina we wszelkich odmianach, stanowiąca najczęściej składnik potraw charakterystycznych dla Azji Środkowej, takich jak plow (ryż z mięsem i marchwią – co ciekawe w regionie miasta Osz przy granicy z Uzbekistanem przygotowują go tylko mężczyźni) lagman (makaron z mięsem, czasem pływający w wywarze przypominającym rosół) czy szaszłyk z obowiązkowym wielkim kawałem tłuszczu. A do picia oczywiście kumys, czyli znany także w Mongolii alkohol ze sfermentowanego mleka klaczy. Lokalna kuchnia to mieszanka smaków regionu, istnieje jednak danie uważane za typowo kirgiskie. Chodzi o beszbarmak, rodzaj makaronu z mięsem, którego nazwa dosłownie znaczy „pięć palców”, a wzięła się stąd, że danie to tradycyjnie spożywa się bez użycia sztućców, często ze wspólnego naczynia ustawionego na środku stołu. Dla mnie, przyzwyczajonej do europejskiej obsesji na punkcie czystości i walki z zarazkami, było to trochę trudne. bardzo ciekawa strona
Kirgistan w ogóle bywa dla obcokrajowców nie lada wyzwaniem kulinarnym. Jeśli bierzemy udział w tradycyjnej biesiadzie, może się zdarzyć, że gospodarze, chcąc nas uhonorować, podadzą nam najlepszą część baraniny, czyli w zależności od regionu na przykład uszy albo mózg. Posiłek z tradycyjnie zarzynanych na święta baranów ma bogatą symbolikę, każda jego część coś znaczy – oko na przykład podaje się krewnym dawno niewidzianym po to, aby odnowić znajomość. Na naprawdę dużych uroczystościach serwuje się również koninę. Podczas jednego z moich pierwszych dni w Biszkeku dane mi było zakosztować nie tylko samego mięsa, ale też wziąć udział w jego przygotowaniu. Głowa rodziny, u której mieszkałam, groźnie wyglądający i budzący respekt staruszek, łamanym rosyjskim oświadczył, że „będziemy robić ciuciuk”. Dziś cieszę się, że nie miałam pojęcia, co kryło się pod tą tajemniczą nazwą, bo pewnie nie odważyłabym się brać w tym udziału, a tak spędziłam urocze popołudnie przed miską z mięsnym farszem i naczyniem z jelitami, wspólnie z całą rodziną przygotowując kirgiską kiełbasę z koniny. Przysmak ten zjedliśmy później na uroczystości z okazji trzecich urodzin synka gospodarzy, która swoim rozmachem bardziej przypominała polskie wesele niż przyjęcie na cześć małego chłopca.

Trafiając kozimi zwłokami do bramki
W Kirgistanie, który bez wątpienia jest krajem biednym, paradoksalnie wiele rzeczy robi się „na bogato”, z rozmachem. Tak jak obchodzone z pompą święto Nowruz, czyli wywodzący się z tradycji zaratusztriańskiej Nowy Rok. Tego dnia w całym kraju ludzie zbierają się tłumnie na placach, by wspólnie grać w kirgiskie gry, takie jak rzucanie do celu małymi kostkami (baranimi, a jakże). To, co na co jednak czeka się cały rok, to spektakularne gry z udziałem koni, w tym ulak-tartysz, czyli tzw. „kirgiskie polo”. W rozgrywce biorą udział dwie drużyny, a zamiast piłki czy innego banalnego obiektu, do gry używa się zwłok kozy lub owcy pozbawionej głowy (nazwę gry tłumaczy się dosłownie jako „wydzieranie sobie kozy”). Na początku rozgrywki zawodnicy zbierają się na środku boiska, a ich celem jest poderwanie leżących w wyznaczonym kręgu zwłok, które potem muszą przetransportować na koniec pola i wrzucić do bramki (wyznaczony na boisku okrąg, może być to na przykład sterta opon). Gra jest bardzo trudna, bo po pierwsze zwłoki ciężko złapać i utrzymać, a po drugie gracze są nieustannie i dosyć brutalnie atakowani przez innych zawodników. Widok utaplanych w błocie jeźdźców wydzierających sobie kozę jest naprawdę niezwykły.

Mydło i powidło, nerka i prostytutka
Wspomnianym rozmachem charakteryzuje się też Dordoi – znajdujący się w Biszkeku jeden z największych bazarów całej Azji. Na powierzchni ponad dwóch km2 kupić można dosłownie wszystko – elektronikę, ubrania, żywność, sprzęt AGD, żywe zwierzęta, a jeśli wierzyć plotkom także nerkę lub prostytutkę. Ta mnogość towarów na pierwszy rzut oka przytłacza, a Dordoi sprawia wrażenie miejsca niezwykle chaotycznego. Kiedy jednak przyjrzeć się bliżej, widać, że obowiązuje tu pewien porządek i ustalone zasady. Cały bazar podzielony jest na części, w których kupić można towary pochodzące z różnych krajów. Jest zatem część turecka, chińska oraz – uważana za ekskluzywną – europejska. Są też wydzielone rzędy, które specjalizują się w jednym tylko typie wyrobów, stąd też godzinami przechadzać można się po „alejach butów” czy „promenadach AGD”.  Handel na Dordoi jest jednym z głównych generatorów zysków dla kirgiskiej gospodarki, zapewniającym jednocześnie w miarę stabilne zatrudnienie dla sporej liczby mieszkańców. Od kilku jednak lat słychać plotki o zamknięciu bazaru z powodu unii celnej pomiędzy Kazachstanem, Białorusią a Rosją, do której przystąpić miałby również Kirgistan. Wysokie cła dotknęłyby z pewnością bazar, opierający się w dużej mierze na sprzedaży importowanych, tanich wyrobów z pobliskich Chin. Lokalni sprzedawcy nie wierzą, że przyszłość będzie aż tak dramatyczna. Jeśli plotki o zamknięciu Dordoi miałyby się okazać prawdziwe, to z pewnością warto odwiedzić to miejsce zanim zniknie. Pełen pokrzykujących sprzedawców i obwoźnych handlarzy oferujących herbatę lub miskę plowu bazar może dać człowiekowi całkiem dobre pojęcie,  czym chociaż w części jest Kirgistan.

Do jurty już bez wiz
Warto rozważyć Kirgistan jako trochę mniej oczywisty podróży. Miejsce to z pewnością nie zawiedzie wszystkich szukających odrobiny egzotyki, niesamowitej przyrody i niewiarygodnie przyjaznych ludzi. W 2012 r. zniesiony został obowiązek wizowy dla turystów z UE, co niewątpliwie jest ogromnym ułatwieniem, wcześniej bowiem biurokracja kirgiska napsuła krwi wielu podróżnikom. Teraz, kiedy jednak zniknęła i ta przeszkoda, nie pozostaje nic innego jak tylko wybrać się tam i przeżyć niezapomnianą przygodę, na przykład spędzając noc w jurcie u podnóża Tienszanu.