Kurdyjskie referendum

Kurdyjskie referendum

Grzegorz Małyga

- kategorie: Blog, Polityka

 

Kurdowie w Iraku wydają się być o krok od ogłoszenia niepodległości. Tyle że krok ten może odwlec się w bliżej nieokreśloną, daleką przyszłość.  Do tego nawet jeśli podejmą jednostronnie decyzję o zerwaniu z Bagdadem, trudno będzie o chętnych, by ich młode państwo uznać i poprzeć w obliczu gniewu nieprzychylnych niezawisłemu Kurdystanowi sąsiadów.

Zaskoczenia nie było – 25 września na pytanie „Czy chcesz, by region Kurdystanu oraz kurdyjskie tereny poza jego administracją stały się niepodległym państwem?” niemal 93% głosujących odpowiedziało „tak”, przy frekwencji sięgającej 72%. Taki rezultat był łatwy do przewidzenia. O wiele trudniejsze jest natomiast stwierdzenie, jak dalej rozwinie się sytuacja w Iraku i na Bliskim Wschodzie.

Surowcowa klątwa

Kurdowie, wbrew często powtarzanej opinii, nie są największym narodem bez państwa. Przy liczebności szacowanej na 30 do nawet 45 mln tworzą jednak czwartą największą grupę etniczną na Bliskim Wschodzie (po Arabach, Persach i Turkach). Poza krótkimi epizodami, nigdy w historii nie utworzyli własnego organizmu państwowego i dziś mieszkają na terenach rozdzielonych granicami Turcji, Syrii, Iraku i Iranu (oraz w diasporze w wielu krajach Europy i świata). Dla Kurdów irackich przekleństwem i błogosławieństwem jednocześnie stało się „czarne złoto” – ropa naftowa, która w dużej obfitości występuje w złożach w okolicach m.in. Kirkuku i Mosulu. Po I wojnie światowej, w obliczu rozpadu Imperium Osmańskiego i dramatycznych zmian na mapach Bliskiego Wschodu, Kurdowie nie mogli liczyć na otrzymanie na własność od ówczesnych mocarstw ziemi kryjącej tak cenne zasoby. Kolejny raz w historii pozostało im zatem przyglądać się z perspektywy obserwatora, jak to inni decydują o ich losach. Z kolei dziś to właśnie ropa i zyski, jakie zapewnia jej eksport, są jedynym czynnikiem, który od strony ekonomicznej mógłby dać nadzieję na w miarę sprawne funkcjonowanie kurdyjskiego państwa.

Powojenny chaos

Relacje irackich Kurdów z Bagdadem na przestrzeni ostatniego stulecia nie układały się dobrze, a czasy dyktatury Saddama Husajna przyniosły przymusową arabizację, prześladowania, a nawet masowe mordy na Kurdach, w tym z użyciem broni chemicznej (to tymi akcjami złą sławę zdobył kuzyn Husajna Ali Hasan al-Madżid, zwany Chemicznym Alim bądź Rzeźnikiem Kurdystanu). Dopiero I wojna w Zatoce i zaangażowanie Zachodu po stronie Kurdów pomogły ustanowić w 1992 r. w północno-wschodnim Iraku kurdyjską autonomię ze stolicą w Erbilu. Biorąc pod uwagę cały bagaż trudnych wzajemnych relacji, było jasne, że sam status regionu autonomicznego to za mało i prędzej czy później Kurdowie będą chcieli zrealizować marzenia o własnym państwie. Wkrótce kolejny raz okazało się, że najlepsze okoliczności do podejmowania odważnych kroków, szczególnie w kontekście państwowotwórczym, przynosi powojenny chaos i powstająca wraz z nim geopolityczna próżnia, która domaga się wypełnienia. Tym razem wojenna zawierucha, a z nią szansa na wytworzenie nowego porządku, przyszła wraz z oddziałami muzułmańskich fundamentalistów z Państwa Islamskiego. Centralne władze Iraku utraciły kontrolę nad dużą częścią terytorium państwa, a armia iracka została związana działaniami bojowymi z dala od Kurdystanu (bądź była zajęta ucieczką przed oddziałami PI, jak w czerwcu 2014 r., kiedy 30 tys. żołnierzy regularnych jednostek, wyposażonych w nowoczesny amerykański sprzęt i zajmujących dogodne pozycje obronne w Mosulu, uległo 1500 dżihadystom). Sytuację wykorzystały kurdyjskie oddziały peszmergów (czyli, z języka kurdyjskiego, „tych, którzy patrzą śmierci w oczy”), utrwalając de facto niezależną władzę Kurdów w autonomii i dodatkowo zajmując tereny do niej przylegające, do których Kurdowie roszczą sobie pretensje. W pierwszej połowie 2017 r. prezydent autonomii Masud Barzani uznał, że nadszedł odpowiedni moment na wysłanie światu czytelnego sygnału.

Groźni sąsiedzi

Referendum niepodległościowe było ogłaszane i przekładane przy wielu okazjach, ale ostatecznie doszło do skutku 25 września, pomimo zdecydowanego sprzeciwu nie tylko Bagdadu, ale też Ankary i Teheranu. Niejednoznaczne stanowisko w jego sprawie zajmowała też Patriotyczna Unia Kurdystanu (PUK), partia związana z ważnym kurdyjskim klanem Talbanim i mająca powiązania z Iranem. Co zrozumiałe, bardzo krytycznie odniosły się do tego pomysłu irackie władze centralne, wskazując na niekonstytucyjność takiego rozwiązania. Sam Bagdad jest jednak zbyt słaby, by wymóc posłuszeństwo kurdyjskiej prowincji. O wiele bardziej niebezpieczne dla kurdyjskich dążeń niepodległościowych jest niechętne nastawienie sąsiadujących krajów. Turcja i Iran także zdecydowanie sprzeciwiają się śmiałym działaniom podjętym przez Kurdów, przy czym oba te kraje mają zarówno militarne, jak i ekonomiczne środki, by wymóc posłuszeństwo. Dotychczas to właśnie Turcja była głównym odbiorcą płynącej z irackiego Kurdystanu ropy. Ankara sama jednak boryka się z dążeniami niepodległościowymi Kurdów i nie chce dopuścić do powstania w regionie nowego państwa, które mogłoby dać PKK (Partii Pracujących Kurdystanu operującej w Turcji) nowe paliwo do walki. Z kolei szyicki Iran także mocno dba o interesy w regionie, wspierając jedność swojego sąsiada i swoich braci w wierze (w Iraku ok. 60% mieszkańców to wyznawcy szyickiej wersji islamu).

Kurdowie tym razem nie mogą liczyć także na przychylność żadnej ze światowych potęg, często stających po ich stronie

Gdyby te dwa kraje zdecydowały się na rozwiązanie siłowe, skutki byłyby dramatyczne, a liczba ofiar przekroczyłaby ostatnie dokonania Państwa Islamskiego, biorąc pod uwagę, że w Kurdystanie pod bronią czeka ponad 200 tys. peszmergów, zaprawionych w boju i gotowych do bronienia swojej ziemi.

Bez wsparcia

Kurdowie tym razem nie mogą liczyć także na przychylność żadnej ze światowych potęg, często stających po ich stronie. Amerykanie skrytykowali referendum, gdyż w ich interesie leży przede wszystkim uspokojenie sytuacji w regionie. Rosjanie także nie stanęli po stronie Kurdów, przyjmując wstrzemięźliwą postawę. Moskwa ma dobre relacje z Teheranem, a po niedawnym kryzysie ociepliła też swoje stosunki z Ankarą, więc w sprawie Kurdystanu odpowiada jej status quo. Nieco niespodziewanie poparcie pojawiło się natomiast ze strony Izraela, który był jedynym liczącym się państwem wyrażającym się pozytywnie o wrześniowym referendum. Biorąc jednak pod uwagę tradycyjnie poprawne relacje izraelsko-kurdyjskie a także wrogość, jaka w Tel-Awiwie jest żywiona wobec głównych oponentów tego głosowania – Iranu i Turcji, taka postawa nie powinna dziwić. Z pewnością jest to jednak zbyt mało, by iraccy Kurdowie mogli spokojnie planować następne kroki w stronę własnego państwa.

Tydzień po referendum w szpitalu w Berlinie zmarł Dżalal Talbani – wieloletni lider Patriotycznej Unii Kurdystanu i prezydent Iraku w latach 2005 – 2014. Talbani nie dożył utworzenia niepodległego Kurdystanu. Ale czy kiedyś doczekają tego iraccy Kurdowie?

 

fot. wikipedia.org