Pomiędzy sztuką a komercją

Pomiędzy sztuką a komercją

rozmawiali: Małgorzata Dryjańska i Marcin Bubiński

- kategorie: Kultura, wywiady

Przez piętnaście minut rozmowy udało się poruszyć wiele wątków – od sufrażystek, aż po funkcjonowanie rynku festiwalowego w Polsce i na świecie. W zasadzie szkoda, że tylko tyle czasu mieliśmy, aby przepytać Łukasza Naporę – dziennikarza muzycznego i jednego z twórców festiwalu Audioriver. Bo jak można się przekonać poniżej, jest to człowiek mający wiele ciekawego do powiedzenia.


Marcin Bubiński: – Łukaszu, powiało trochę szowinizmem podczas panelu „Co z tymi DJ-kami?” na konferencji Audioriver we Wrocławiu. Nie boisz się, że przez to zostanie ci przypięta nowa łatka?

Małgorzata Dryjańska: – To przez tę anegdotę o czasach prehistorycznych, ktorą opowiedziałeś pod koniec – kobiety zbierały borówki, podczas gdy mężczyźni polowali na zwierzynę.

Łukasz Napora: – I będę tego bronił, bo kilka pokoleń sufrażystek, emancypantek i feministek nie zmieni tego, jak jesteśmy zbudowani. Ty masz piersi, ja ich nie mam. Ja mam co innego, a ty tego nie masz, więc dlaczego w naszym mózgu miałoby być inaczej? Tego borówkowo-łuczniczego przykładu będę bronił, ale jeśli chodzi o wszystkie inne szowinistyczne wycieczki, to był to efekt tylko i wyłącznie tego, że niemal wszyscy podczas dyskusji byli mocno niewzruszeni – tak jakby nie było żadnego problemu. Autentycznie, spojrzałem na zegarek o 16:35, czyli czterdzieści pięć minut po rozpoczęciu panelu, i powiedziałem sobie: „Skończyły mi się pytania. Jeżeli czegoś zaraz nie zrobię, to za chwilę będziemy musieli skończyć, wszyscy będą smutni i pójdziemy do domu”. Musiałem się więc wystawić pod ostrzał. Jestem dziennikarzem i to nie jest ważne jak ja wyjdę w wywiadzie. Istotne jest, jaki będzie wywiad. Mogę z siebie robić idiotę i czasami tak postępuję po to, żeby kogoś sprowokować.

MB: – W żadnym wypadku nie uważam, że zrobiłeś z siebie idiotę. Po części podzielam twój punkt widzenia. Jak widać parę pokoleń feministek pewne oczywiste oczywistości pogmatwało i poprzeinaczało. Jest pewna różnica między kobietami i mężczyznami i to jest piękne.

ŁN: – Pewnie w ogóle nie lubiłbym kobiet, gdyby były takie same jak my. Lubię to, że są inne.

MB:Zaczynaliście skromnie, od małego festiwalu. To była taka niewielka, lokalna inicjatywa. Teraz widzisz, jak to rośnie na twoich oczach. Czy sprawia ci to satysfakcję? Sądziliście, że osiągniecie sukces i zdobędziecie taki rozgłos? Jesteście marką rozpoznawalną nie tylko w Polsce, ale też w Europie. To jest jeden z większych festiwali tego typu.

ŁN: – Na pewno jeśli chodzi o grupę elektroniczno-taneczną, to jesteśmy najwięksi w Polsce. Fajnie, że docenia nas Resident Advisor (magazyn internetowy traktujący o muzyce elektronicznej – przyp. red.), będący niemal wyrocznią w kwestii tego, co jest wartościowe. To nie jest konkurs popularności czy tego, kto wydał więcej na line-up. Ranking Residenta tworzą redaktorzy z całego świata, którzy oceniają dziesiątki, setki imprez i patrząc na nas mówią: „oni są dobrzy.”. To jest dla nas sukces. Poza tym, zawsze chcieliśmy, żeby Audioriver był dużym festiwalem. On nigdy nie miał być małą, lokalną imprezą. Już w pierwszym roku przez Audioriver przewinęło około dwadzieścia tysięcy osób, choć oczywiście było dużo miejscowych zachęconych darmowym wejściem. Nawet kobiety z dziećmi i wózkami się pojawiły. Teraz to jest już duże wydarzenie, z którego jesteśmy dumni, ale czujemy też niedosyt. Po prostu czujemy, że można coś zrobić więcej, lepiej, ale to chyba dobrze, bo jeśli kiedyś Audioriver przestanie być dla nas wyzwaniem, to znaczy, że trzeba to zostawić i zająć czymś innym.

MB:- Tym bardziej, że ostatnio odpadł wam chyba największy konkurent na tym polu – Selector, który przeniósł się do Warszawy.

ŁN: – Odpadł? Ja bym powiedział coś zupełnie odwrotnego.

MB: – Z tego co czytałem, to oni chcą też zmienić nieco grupę docelową, bo do tej pory, podobnie jak wasz festiwal, bazowali na tanecznej elektronice, a teraz myślą, aby poszerzyć swój grono odbiorców. Chociaż patrząc na ich ostatnie ogłoszenia, to raczej w to wątpię, ale to ma być teraz flagowy festiwal stolicy.

ŁN: – Nie wiem, jak się tam mają sprawy finansowe i czy stołeczny ratusz bierze udział w organizacji. Selector był ciekawym eksperymentem w Krakowie. Alter Art próbował zrobić festiwal trochę podobny do Audioriver, ale jednak bardziej w stylu indie i nie porównywałbym go do końca z naszym wydarzeniem, bo w Płocku impreza trwa non stop. Na Selectorze to nie wyszło tak, jak się tego spodziewali i moim zdaniem wynieśli się z Krakowa nie dla tego, że chcieli, a dlatego, że przez trzy lata nie udało się osiągnąć sukcesu i miasto nie zdecydowało się przedłużyć umowy.

MB: – Może to nie do końca tak, bo podobno Kraków tonie w długach. To obecnie chyba najbardziej zadłużone miasto w Polsce i chyba też z tego powodu zrezygnowali z współfinansowania Selectora.

ŁN: – Jeżeli Selector był dofinansowywany na poziomie dwóch milionów złotych, to ja twierdzę, że zdecydowanie nie był tyle wart. Audioriver dostaje od Płocka dwa razy mniej, a ma kilkukrotnie większą publiczność. Powiedzieliście, że straciliśmy konkurenta, ale w tej chwili właśnie Selector to dla nas większa konkurencja, ponieważ główną publicznością Audioriver są warszawianie. Stolica jest tylko 120 km od Płocka, a ludzie, którzy słuchają The Knife, znają też pewnie GusGus. Pytanie więc, gdzie pojadą i ile mają do wydania podczas jednego sezonu festiwalowego? Jeśli będziesz chciał pojechać na FreeForm, Orange, Open’er, Audioriver, OFF Festival, Tauron i Selector, to masz do zaliczenia aż siedem festiwali. Kogo na to stać? Ludzie zaczynają planować i zastanawiają się, na co pojadą. Na przykład my z Selectorem się nie ścigamy, bo to zawsze była trochę inna publiczność i faktycznie, zakontraktowanie przez nich występu Archive pokazuje, że chyba zmieniają formułę. Moim zdaniem to Tauron ma większy problem, bo Selector w dwóch pierwszych rzutach ogłosił Jamesa Blake’a i The Knife, a te dwa festiwale dzielą tylko dwa tygodnie. Jechać na Taurona czy Selectora? Warszawa może stwierdzić „zostajemy u siebie”.

MB: – Myślę, że Tauron może wygrać klimatem. Rok temu przenieśli się do Doliny Trzech Stawów, gdzie odbywa się też OFF i trochę na tym stracili, bo muzyka elektroniczna w postindustrialnej przestrzeni komponuje się świetnie. Jeśli organizatorzy Nowej Muzyki wrócą do wcześniejszego miejsca, czyli do dawnej kopalni węgla kamiennego, to festiwal Alter Alt w stolicy, może mieć kłopot.

ŁN: – Nawet jeszcze nie wiemy, gdzie Selector się odbędzie, więc ta dyskusja jest na razie bezzasadna. Wiem, że Selector był i nadal jest sporo oddalony w czasie od Audioriver, ale to przetasowanie może coś zmienić. Festiwalowi FreeForm przeniesienie terminu z jesieni na wiosnę bardzo dobrze zrobiło, więc takie zmiany mogą być bardzo znaczące.

MB: – Wracając jeszcze do tego, ile ludzie mają do wydania, to jednak widać, że bilety w Polsce, w porównaniu do siły nabywczej portfeli, są dość wysokie. W Niemczech karnet na wrześniowy Berlin Festival kosztuje 60 euro i można zobaczyć praktycznie to samo, co na Open’erze, a może nawet więcej. Audioriver zaskakuje, utrzymując koszt karnetu na przyzwoitym poziomie. Jak wam się udaje utrzymać tę cenę, nie tracąc przy tym na jakości artystów występujących w Płocku?

ŁN: – Szczerze mówiąc, ledwo. Odbywa się to kosztem naszych dochodów, ale uważamy, że nie powinniśmy chcieć więcej za bilet, bo zaczniemy wówczas tracić frekwencję. Jeśli – powiedzmy – podniesie się cenę o 20 złotych za bilet, a przyjedzie dwa tysiące osób mniej, to efekt jest odwrotny do zamierzonego.

MD: – Wymieniliśmy siedem festiwali w Polsce. Muszę przyznać, że w tym roku zdecydowałam się na wyjazd na Primavera Sound Festival, który odbywa się w Barcelonie, gdzie można zobaczyć wszystkie te zespoły, które odwiedzą Polskę.

ŁN: -To jest zupełnie inna sytuacja. Taki festiwal ogłasza swój line-up w jeden dzień.

MD: – I robi jeszcze przy tym galę.

ŁN: – A my nie mamy jeszcze ogłoszonych wszystkich artystów, jeszcze negocjujemy, czekamy na odpowiedź. Wszyscy się zabijają, żeby zagrać na Primavera Sound, to zupełnie inna bajka. Też jeździłem trochę po festiwalach zagranicznych, wszystko jest fajnie, ale nie zamieniłbym Audioriver, nawet gdyby line-up zaczął tracić na jakości. To jest piękne miejsce i kocham naszych rodaków, lubię tę atmosferę. OK, jeśli dla muzyki, to może i pojadę na Primaverę, ale jeżeli dla biby, to nie zamienię Audioriver na inny festiwal. Tu mam swoich przyjaciół. Ciężko jest zabrać całą ekipę na Primaverę, Sónar czy Burning Man na pustyni w Nevadzie. To jest tak jak z Niną Kraviz, o której sporo dziś rozmawialiśmy. Jak mówi w wywiadzie, żałuje, że podczas podróży po świecie, nie ma się z kim dzielić wrażeniami, radością. A jak na Audioriver masz trzydziestoosobową ekipę wytarzaną w piachu, to takie wspomnienia zostają na lata. Na koncerty można jechać zagranicę, ale dla klimatu – Polska.

MB: – W zasadzie z tego, co mówisz, muszę przyznać, że mamy do czynienia z pasjonatami, bo jeśli twierdzisz, że nie chcecie podwyższać ceny i cierpią na tym wasze zarobki, oznacza to, że nie chcecie się dorobić na Audioriver i traktujecie to jako coś więcej niż praca.

ŁN: – Niestety, jesteśmy frajerami (śmiech).

MB: – Ale chyba w pozytywnym tego słowa znaczeniu.
MD: – Zauważyłam po swoich znajomych, że rezygnują z Open’era, gdzie jednego dnia mogą zobaczyć niesamowitych artystów, na rzecz OFFa, gdzie poznają nowe zespoły, bo tam rzeczywiście jest ten klimat. Tak też jest z Audioriver i to się chwali.

ŁN: – Dlatego też sprowadzamy takie zespoły jak GusGus, Röyksopp czy Paula Kalkbrennera, które wybiegają poza naszą elektroniczną niszę. Dzięki nim ludzie, którzy nie mają pojęcia kim jest Monoloc czy Xhin, przyjeżdżają na plażę, czują ten klimat i widzą, że całe miasto jest przejęte przez festiwal. To jest nasza szansa, że jeśli ludzie to zobaczą i poczują, wtedy będą do nas wracać. Trzeba wiedzieć, jaki artysta przyciągnie tłumy, a który tworzy bardzo ambitną muzykę i jak to wymieszać, żeby powstał sukces zarówno artystyczny, jak i frekwencyjny. Zrobić festiwal dla pięciu osób to naprawdę nie jest sztuka. Zrób festiwal dobrej jakości dla pięciu tysięcy osób, wtedy jesteś dobry. Tak samo jest z muzyką alternatywną. Nie jest sztuką zrobić kawałek, który ma pięć odsłon na YouTube. Sztuką jest zrobić utwór wartościowy, który będzie się podobał wielu osobom.

MB: – Połączyć komercję z artyzmem – o to w tym wszystkim chodzi, prawda?

ŁN: – Oczywiście. I to jest piękne.

MD: – Kiedyś, opisując DJ Pasmo, powiedziałeś, że chcesz wyrzucić podziały do kosza. Czy to też czeka Audioriver? Czy chciałbyś większej różnorodności, czy pozostawiasz to swojej audycji, a Audioriver ma mieć to charakterystyczne brzmienie z małymi niespodziankami?

ŁN: – Patrząc na to, jak ludzie reagują na pewne moje – często ostre – odstępstwa od muzycznej „normy”, myślę, że tylko niewielka grupa zaakceptowałaby taki totalny gatunkowy miszmasz na Audioriver. Ale prawda jest taka, że nie wiemy, jaki nasz festiwal będzie za kilka lat, bo co roku jest trochę inny. To jest wypadkowa tego, co fajnego pojawia się na scenie muzycznej i tego, jak zmieniają się gusta organizatorów. A zmieniają się nieustannie.

MB: – Audioriver to nie tylko dobra biba na plaży, ale..

ŁN: Biba mówię tylko w uproszczeniu, bo to nas odróżnia od innych festiwali. Tylko u nas jest taka impreza (śmiech).

MB: – To nie tylko to, ale widać też po waszej idei robienia konferencji, jak ta we Wrocławiu, że przybliżacie ludziom muzykę. Pokazujecie, jak pasję można zamienić w biznes. Nie boicie się, że przez to jakaś konkurencja wam wyrośnie?

ŁN: – Nie, my jesteśmy w ogóle ewenementem, bo u nas na targach muzycznych wystawiały się FreeForm, Up To Date i jeszcze parę innych festiwali. My nie tylko szkolimy młodych ludzi, którzy kiedyś mogą się tym zająć i zabrać nam publikę, ale wręcz promujemy konkurencyjne wydarzenia. Przecież Up To Date gra techno. FreeForm to też po części taka muzyka, jaką my mamy u siebie, ale w ogóle się tego nie boimy. Uważamy, że im więcej osób będzie grało do tej samej bramki, tym więcej mediów będzie zainteresowanych tematem, więcej osób to zaintryguje i zarażeni naszą pasją będą wciągać w to swoich znajomych. Jesteśmy ciągle w niszy. Ciągle mało ludzi wie, o co chodzi i rozumie, że dobra rozrywka nie jest zła i nie ma nic złego w elektronice stworzonej głównie do tańczenia. Nie trzeba siedzieć smutnym w kącie. Można się przecież dobrze bawić.

ciekawa strona: nawigiliewgory.pl