Społeczeństwo ukraińskie zawsze było buntownicze

Społeczeństwo ukraińskie zawsze było buntownicze

rozmawiał Michał Tkaczyszyn

- kategorie: wywiady

Rozmowa z prof. Andrzejem Antoszewskim – kierownikiem Zakładu Systemów Politycznych i Administracyjnych Instytutu Politologii Uniwersytetu Wrocławskiego.

Michał Tkaczyszyn (Fundacja Sapere Aude): – Czy dostrzega Pan pewne zjawiska polityczne i historyczne specyficzne dla Ukrainy, które zdeterminowały ostatnie wydarzenia na kijowskim Majdanie?

Prof. Andrzej Antoszewski: – Gdyby głęboko sięgnąć w historię, to warto zaznaczyć, że Ukraina, w przeciwieństwie chociażby do Rosji lub Białorusi, cieszy się wielką tradycją buntów przeciwko władzy. Społeczeństwo ukraińskie zawsze było buntownicze. Niezależnie od tego, czy była to władza polska, czy rosyjska, zawsze podejmowało ono jakieś próby buntu. Sądzę, że wydarzenia z 2004 r. oraz to, co dzieje się dziś na Majdanie, są kontynuacją tej tradycji. Wszędzie, gdzie Ukraińcy odczuwają jakieś zagrożenie wolności, która zawsze była dla nich wielką wartością, tam podejmują konkretne działania. Jeśli chodzi natomiast o nowszą tradycję, to zwróciłbym uwagę na to, że gra elit, która toczy się na Ukrainie, jest dziś bardzo odległa od aspiracji społecznych. Pewna część elit, toczących ze sobą rywalizację polityczną i ekonomiczną, coraz bardziej odrywa się od społeczeństwa, pozostawiając jego sprawy właściwie jako nierozwiązane. Nawiązując już do najnowszej historii, trzeba zwrócić uwagę na pomarańczową rewolucję. Tamte dni pokazały, że opór bez odwoływania się do siły może być skuteczny. Walka o spełnienie aspiracji, które wtedy zostały rozbudzone i polegały wyłącznie na upomnieniu się o realizację obietnic konstytucyjnych, zakończyła się sukcesem.

Z jakimi podziałami socjopolitycznymi oraz politycznymi mamy dziś do czynienia na Ukrainie? Wydaje się, że są one zdecydowanie głębsze aniżeli w naszym kraju. W jaki sposób dynamizują one obecne konflikty?

– Politycznie Ukraina, podobnie do Polski, jest podzielona na te partie, które zdobywają swoje głosy głównie na wschodzie oraz te preferowane na zachodzie. Problem polega jednak na tym, że nie jest to jedynie zróżnicowanie na tle identyfikacji partyjnej. Wspomniane podziały mają znacznie głębsze korzenie. Wiążą się z tym, że Ukraina jest podzielona etnicznie, pod względem stosunku do głównych kierunków polityki zagranicznej oraz przemian gospodarczych, które za naszą wschodnią granicą są stosunkowo słabo zaawansowane. Wszystko to powoduje, że różne podziały nakładają się na siebie i wzmacniają granice między wschodnią i zachodnią Ukrainą, co powoduje, że można nawet mieć wątpliwości co do tego, czy podstawowy warunek efektywnego funkcjonowania systemu politycznego, jakim jest stworzenie wspólnoty politycznej, pozostaje zachowany. Podział na pomarańczową i niebieską Ukrainę ujawnił się już w wyborach prezydenckich w 1994 r.

„Corriere della Sera” na temat rozmów Unii Europejskiej z Kijowem pisało w taki sposób: „Misja została powierzona Polakom i przedstawicielom krajów bałtyckich, czyli zagorzałym zwolennikom umowy stowarzyszeniowej, podczas gdy w Berlinie, Paryżu i w Rzymie za fasadowym poparciem pytano: kto jutro zapłaci ukraińskie faktury?”. Czy przyczyn dzisiejszego stanu rzeczy nie można zredukować do tego, że Unii nie opłaca się dziś Ukraina we wspólnocie?

– Stosunek do Ukrainy w Unii Europejskiej zawsze był zróżnicowany. Wydaje mi się, że dla „starej” Unii przyjęcie takich państw jak Polska, Węgry czy republiki nadbałtyckie już było pewnym ryzykiem. Dalsze rozszerzenia – Rumunia, Bułgaria, Chorwacja – zapowiadały kolejne trudności. Trzeba pamiętać, że już po przyjęciu Bułgarii i Rumunii do UE Europę ogarnął kryzys, który objawił słabości całej Unii. Pokazał, że sztuczne pompowanie pieniędzy w jakikolwiek kraj to droga donikąd. Ogromne pretensje do Grecji rozszerzają się dziś na kraje, które we Wspólnocie są już od dawna. Trzeba spojrzeć też na to, że Ukraina żąda pewnych pieniędzy, nie dając żadnych gwarancji dotyczących tego, jak je wyda. To na pewno budzi w Europie strach, niechęć i obawę w perspektywie potencjalnego zbliżenia Kijowa z Unią Europejską.

Co było najbardziej destrukcyjne dla obozu pomarańczowej rewolucji. Paradoksalnie, wobec dzisiejszego wzburzenia i pokazywanej jedności Ukraińców, nie było w tym kraju po 2004 r. wyborów parlamentarnych, których nie wygrałaby Partia Regionów. Dodatkowo jedyne wybory prezydenckie wygrał w 2010 r. jasno zdefiniowany pod kątem stosunku do polityki zagranicznej Wiktor Janukowycz.

– Zastanawiam się, czy konflikt w jego wnętrzu nie był po prostu zasłoną dymną, która zakrywała realny spór o władzę. Pomarańczowy obóz nigdy nie skonsumował zwycięstwa z 2004 r. Wręcz przeciwnie, bardzo szybko się zdezintegrował. Potrafiono, co prawda, utrzymać władzę prezydencką, ale ta została znacznie okrojona. Dodatkowo nie udało się mu stworzyć stabilnego rządu. Już dwa lata po pomarańczowej rewolucji Partia Regionów stała się niekwestionowanym liderem politycznym Ukrainy, a jej przywódca w 2010 r. został prezydentem, zapewniając sobie jeszcze większą władzę niż Leonid Kuczma przed 2004 r. Do rozpadu tego obozu przyczyniły się też personalne animozje jego liderów, którzy w żaden sposób nie potrafili się ze sobą porozumieć oraz kompletna niejasność programu politycznego, jaki oferował. Dążenia Naszej Ukrainy Juszczenki do liberalizacji gospodarki ukraińskiej okazały się niewystarczające. Dzisiaj mamy do czynienia z pewną próbą odnowienia tej jedności, ale będzie o to bardzo trudno.

Czy wyobraża sobie Pan Profesor jakieś instytucjonalne rozwiązanie, które mogłoby zakończyć tę fatalną grę konstytucyjną, którą podejmują regularnie ukraińskie elity polityczne?

– To rzeczywiście bardzo specyficzna cecha Ukrainy. Nigdzie taka gra o konstytucję, polegająca na jej zmianach, podporządkowana doraźnym interesom politycznym – wygraniu wyborów, zapewnieniu sobie bezpieczeństwa, czy zwiększeniu uprawnień – nie występuje w takim nasileniu. To, co nazywamy reformą konstytucyjną na Ukrainie, w rzeczywistości nigdy się nie dokonało. Miały miejsce pewne zmiany, ale nie prowadziły do stworzenia sprawnie działającego zespołu mechanizmów współdziałania i rozstrzygania konfliktów między parlamentem, prezydentem oraz rządem. Jeżeli dzisiaj główne siły polityczne nie osiągną porozumienia poprzedzonego intensywnymi pracami studialnymi nad konstytucją, to ten chaos może się utrzymywać jeszcze długi czas. Nikomu dziś nie zależy na tym, by pozbawiać się takiego przywileju, jak podporządkowana własnym interesom zmiana konstytucji. Zawsze można dzięki temu coś wygrać. Mniej jednak bierze się pod uwagę ryzyko tego, że można przy okazji przegrać demokratyczną Ukrainę.

Czy patrząc na to, że opozycja antyprezydencka na Ukrainie jest w dużej części antypolska, a nad głowami polskich polityków w Kijowie powiewały flagi UPA, najlepszym rozwiązaniem ze strony polskiego rządu nie byłaby wobec bieżących wydarzeń po prostu bierność i nieopowiadanie się jednoznacznie po żadnej ze stron konfliktu?

– Problem polega na tym, że w naszym interesie leży stabilna i demokratyczna Ukraina. Nie bardzo można jednak opowiedzieć się za tym bez wystąpienia po którejkolwiek ze stron. Dzisiaj wiemy, że obecna strona rządząca nie zapewniła realizacji tych celów: Ukraina nie jest ani stabilna, ani demokratyczna. Nie wiem jednak, czy opozycja byłaby tego gwarantem. W interesie zarówno Polski, jak i Unii Europejskiej leży to, by sytuacja za naszą wschodnią granicą była stabilna i nie istniały tam żadne zagrożenia dla demokracji. Tu pojawia się pytanie, na które trudno odpowiedzieć: w jaki sposób wesprzeć to korzystne dla nas stanowisko, nie wspierając jednocześnie nacjonalistycznej opozycji ukraińskiej, która akurat dziś sytuuje się po tej samej stronie konfliktu?

ciekawe informacje: nawigiliewgory.pl