Kultura nie kończy się na instytucji

Kultura nie kończy się na instytucji

- kategorie: Kultura, wywiady

Mamy teraz taką specyficzną sytuację, że budujemy Narodowe Forum Muzyki. Jest już postawiony za ogromne pieniądze nowy gmach teatru muzycznego Capitol. Poza tym mamy masę innych instytucji kultury. Pytanie, czy taka nadpodaż obiektów kulturalnych jest tu, we Wrocławiu potrzebna, czy ktoś te wszystkie miejsca będzie w stanie zapełnić – mówi Mateusz Kazula, DJ oraz producent tworzący duet Viadrina.

Marcin Bubiński: Jak powiedziałeś, władze miasta widzą kulturę instytucjonalnie, ale co jest tego przyczyną? Może kluczem do opisania całej sytuacji jest arogancja wrocławskiego Ratusza?

Mateusz Kazula: Prezydentem Wrocławia już od wielu lat jest Rafał Dutkiewicz. W czasie swoich rządów okrzepł w środowisku postsolidarnościowej elity, która pewne ideały i świeże spojrzenie na otoczenie chyba gdzieś po drodze zgubiła lub może nawet nigdy ich nie miała. Jest skupiona na sobie oraz potrzebach własnego pokolenia, nie wsłuchuje się w krytykę, pcha politykę kulturalną miasta w kierunku wąskiego instytucjonalizmu, fetyszyzuje kulturę, uważając, że to jest dobre i korzystne, przynajmniej dla niej.

M.B.: Chcesz przez to powiedzieć, że mamy tutaj jakiś układ?

M.K.: Nie węszę tutaj żadnego spisku. Gołym okiem widać jednak, że w Ratuszu brakuje błyskotliwości czy radykalności w patrzeniu na pewne sprawy oraz, czasem, logiki. Z jednej strony mówi się o zainteresowaniu wyłącznie kulturą wysoką, a z drugiej organizuje się sylwestra na Rynku z jarmarczną, komercyjną muzyką. Chodziło o pieniądze, jasne, ale ta urzędnicza schizofrenia jest śmieszna i groźna.

M.B.: Zgoda, widać tu pewną hipokryzję i poza tym mam wrażenie, że pewna grupa docelowa konsumentów kultury jest u nas pomijana. Była szansa przejąć Selector Festival i uciszyć trochę krytykę, ale ze względu na priorytetowe traktowanie kultury wysokiej, w stylu Sylwestra z Dwójką, temat odpuszczono. Tymczasem fani alternatywnych brzmień opuszczają latem Wrocław i pompują kasę Katowicom, Warszawie, Gdyni, Płockowi.

M.K.: To po raz kolejny pokazuje, że jesteśmy jakoś hermetycznie opakowani i nie dajemy zaistnieć nowym inicjatywom. Mamy świetnych lobbystów, bo w końcu to oni wywalczyli dla nas tytuł ESK 2016. Mam tylko wrażenie, że nie potrafimy dobrze skonsumować tego sukcesu i nie zawężać się do kultury rozumianej jedynie jako instytucje i placówki – to właśnie nazywam „fetyszem”. Niestety nie widzę zainteresowania młodych pokoleń Wratislavia Cantans. Inne przedsięwzięcia straciły swój magnetyzm, rozmach, zainteresowanie. WUWA 2 na Żernikach, która jest wskrzeszaniem idei architektonicznej wystawy z 1929 r., jest przebojową ideą, ale wydaje się, że wybrana lokalizacja i schemat działania skompromitują przedsięwzięcie i naprawdę ciekawy pomysł też okaże się klapą, jak chociażby ostatnio projekt Tramwaju Plus.

M.B.: Wratislavia Cantans jest jednak bardzo prestiżowym festiwalem, z czołówką światowej muzyki klasycznej, penetrującym czasy dawnych arcydzieł i próbującym prezentować to, co najwybitniejsze w dzisiejszej muzyce poważnej. Taki festiwal mógłby zostać, brakuje jednak czegoś dla ludzi młodych, a to co niby jest dla nich, stoi na niskim poziomie, np. Avant Art , na który wielokrotnie utyskiwałem.

M.K.: Ale nikt nie dybie na potknięcie Wratislavii Cantans. Chodzi jedynie o zbalansowaną ofertę kulturalną. Co do Avant Art, to się zgodzę. Widać tu jakieś skostnienie i rutynę. Sama idea jest w porządku, ale raczej nie w takiej formule.

M.B.: A może jest trochę tak, że my tutaj przejmujemy się tym ESK, deliberujemy nad tym, a tak naprawdę dla szeroko rozumianej kultury rok 2016 nie ma żadnego znaczenia?

M.K.: Nie mamy chyba tyle czasu, aby to roztrząsać, ale może faktycznie tak jest. Z drugiej strony przecież i tak wiele świetnych rzeczy dzieje się oddolnie. Moim środowiskiem jest po części kultura klubowa i twierdzę, że we Wrocławiu udało nam się zrobić w tej materii coś interesującego i stworzyć ciekawe miejsca. Ktoś może zapytać, czy muzyka techno to na pewno jest kultura? Odpowiadam na to, że jak najbardziej, absolutnie tak i to może nawet bardziej wartościowa, bo tworzona właśnie oddolnie, demokratycznie i spontanicznie.

M.B.: W 2013 roku tytuł ESK przypadł Koszycom i Marsylii. Na Słowacji wyszedł im fajny projekt Pentapolitany, który zakładał, że cały region zyska na tym przedsięwzięciu. I jeśli chodzi o kulturę, to Koszyce i okolice zalała masa inicjatyw. U nas chce się zrobić to samo, ale zostały nam dwa lata, a jeszcze nie ma żadnych planów.

M.K.: Znów wracamy do punktu wyjścia, czyli instytucjonalnego spojrzenia na kulturę. Postawimy parę sal koncertowych i będzie fajnie. Natomiast w ogóle nie zauważa się szansy na stworzenie inicjatyw integrujących cały region, które zostaną na lata. Co do Marsylii, bo o tym wiem, powstało tam wiele projektów bezpośrednio angażujących obywateli, oddano ludziom do użytku powierzchnie będące dzisiaj miejscami spotkań i tworzenia się wielu intrygujących przedsięwzięć.

M.B.: Tymczasem u nas, w mieście reklamującym się jako miejsce spotkań, zamyka się Wyspę Słodową. Najbardziej bawią mnie tłumaczenia urzędników, broniących swej decyzji zamknięcia tym, że trawa się świetnie zregenerowała. W Europejskiej Stolicy Kultury trawa ważniejsza od człowieka.

M.K: Sam nie przepadałem szczególnie za tą przestrzenią, ale ona jak w soczewce skupia pewne grupy społeczne, które spontanicznie wykreowały wyspę na miejsce swoich spotkań. W gruncie rzeczy jest to pozytywne zjawisko, bo przecież każdy ma prawo mieć swój plac w przestrzeni miejskiej, małą społeczną agorę. Szkoda, że ograniczono ten dostęp na Słodową, ale cóż… Możemy się ewentualnie wyprowadzić do Łodzi, jeśli nam to nie odpowiada. Mnie się w Łodzi zaczyna coraz bardziej podobać.

M.B.: Poza szeroko kulturą masz wiele innych zainteresowań, jak chociażby planistyka miejska i związane z nią zagospodarowanie przestrzeni. Jest też trochę lifestyle’u i rzeczy z nim związanych. W jednym z wpisów na Facebooku skrytykowałeś fakt, że we Wrocławiu występuje nadreprezentacja kuchni włoskiej. Czy masz wrażenie, że zapomniano u nas o bogatym dziedzictwie kulinarnym, jakie zostawili po sobie Czesi, Niemcy, Austriacy, Żydzi?

M.K.: Miałem na myśli to, że brakuje u nas szerszego spojrzenia na kuchnię. We Wrocławiu panuje kulinarna sztampa. Potrawy włoskie to nie tylko makarony i pizza, a kuchnia amerykańska nie ogranicza do steków czy burgerów. Powinno być więcej nowoczesnych lokali w stylu bistro. Nie chodzi mi jednak o popularne pijalnie wódki, tylko miejsca z ciekawym, dobrym jedzeniem w przystępnych cenach, ale bez tak zwanej „serwety”. Należałoby wykorzystać kulturowe dziedzictwo, nawet to bardzo świeże, jak powojenna grecka mikroemigrację czy chociażby napływ Koreańczyków z LG. Wciąż nie ma też dobrego reprezentanta kuchni czeskiej, a myślę, że te smaki by się u nas świetnie sprzedały. Jest oczywiście, jak zawsze, parę wyjątków. Ale ogólnie to świat idzie do przodu, a u nas wokół Rynku wciąż panują staromodne restauratorskie schematy. Może dlatego te lokale padają. Pora to zmienić.

M.B.: Jak opiszesz zmiany zachodzące na wrocławskim Rynku? W 1997 r. ówczesny prezydent wymyślił koncepcję miejskiego salonu. Dzisiaj jak grzyby po deszczu wyrastają sieciowe wielobranżówki. Chyba nie tak to miało wyglądać?

M.K.: Traktuję to wszystko jako okres przejściowy. Parę lat temu był wykwit banków oraz salonów sieci komórkowych, teraz są Żabki i sklepy spożywcze. Nie do końca mi się to podoba, ale uznaję to za coś tymczasowego, katalizator zmian. Może to zła diagnoza, ale myślę, że Rynek musi się przepoczwarzyć i teraz ta transformacja następuje. Kiedyś faktycznie projektowano go jako salon miasta, ale może on tym salonem wcale być nie musi, może powinny się tam spotykać sklepy z używaną odzieżą z butikami, a drogie restauracje z dyskontami. Chodzi jednak o pewien balans, o zróżnicowanie oferty i zachowanie wystroju w ramach pewnej estetyki. Nie musi być ona – a może nawet nie powinna być – zabytkowa, ale za to na pewno wysokiej jakości. To jednak centralne miejsce we Wrocławiu, wizytówka. Wtedy być może będzie można powiedzieć, że zupełnie demokratyczna, jak na miasto spotkań przystało (sic!).

M.B: Siedemnaście lat temu na pewno byliśmy biedniejsi niż teraz, a wówczas zgodziliśmy się, aby Rynek był salonem z klubami, knajpami. Kiedyś było nas stać, a teraz nie?

M.K.: Dziś w Rynku w dużej mierze przebywają ludzie młodzi. Pokolenie naszych rodziców dorobiło się, wybudowało na przedmieściach i po pracy wraca do swoich enklaw, często właśnie podmiejskich, peryferyjnych. Natomiast młodych ciągnie tam, gdzie coś się dzieje, do miejskiego mrowiska. Żywię głęboką nadzieję, że centrum miasta musi się po prostu zmienić, przejść pewne przemiany, by lepiej dopasować się do potrzeb kolejnych generacji, które w przyszłości będą stanowić nową miejską elitą i patrycjat.