Muzyka własnego życia

Muzyka własnego życia

- kategorie: Kultura, wywiady
fot. Marta Ignatowicz-Sołtys www.martaignatowicz.com

O nim mówi się, że jest nadzieją polskiego jazzu. On sam mówi mało, a więcej gra, jednak jego muzyka mówi o nim dużo. Ze studiów został zwolniony, prawdziwą szkołę dali mu Janusz Muniak i Arek Skolik. To oni pokazali mu, o co w jazzie chodzi. Po pięciu nagranych do tej pory płytach w różnych składach przyszła pora na debiutancki autorski krążek, zatytułowany po prostu First Album. Kuba Płużek, bo to o nim mowa, ze znaną sobie wylewnością, w zaciszach krakowskiego Piec’Artu , opowiedział mi trochę o płycie i nie tylko.

Milena Fabicka: Może zaczniemy od początku? Jak wyglądała twoja muzyczna edukacja? Z tego co mi wiadomo miałeś z tym przygody.

Kuba Płużek: Jestem zwolennikiem tego, co mówi Janusz Muniak: Jak nie umiesz, to się naucz. Czy to samemu, czy z pomocą instytucji, które bardzo lubią wystawiać oceny. Do podstawówki chodziłem niemuzycznej. Pierwsza oficjalna instytucja, która mnie uczyła, to było ognisko muzyczne. Potem zdałem do gimnazjum na klarnet, nie wiedzieć czemu.

M.F.: Skąd się w ogóle wziął ten klarnet?

K.P.: Wtedy jeszcze nie wiedziałem, czego chcę. Byłem młody, głupi, nierozgarnięty. Rodzice wymyślili, żeby zdawać do „Chopina” na ten klarnet, no i zdałem. Oficjalnie to był główny instrument, ale nieoficjalnie fortepian był na pierwszym miejscu. Doszedłem do trzeciej gimnazjum, pokłóciłem się z panią od historii muzyki, matematyki i czegoś jeszcze. Strasznie te szkoły niewspierające są… Poznałem za to świetnego gościa, który mnie uczył grać na fortepianie. Nazywa się Bartłomiej Mełges. Pokazał, co to znaczy czuć to coś w palcach, ten touch… No i skończyłem liceum, dyplomu nie dostałem, bo się obrazili na mnie na egzaminie. Do Krakowa nie zdałem na studia, bo uznali mnie za „niedojrzałego psychicznie”.

M.F.: Na jakiej podstawie?

K.P.: Zapytali mnie „Dlaczego pan chce studiować na naszej Akademii?” Powiedziałem, że wokół są Planty i dobrze się tu czuję w okolicy krakowskiego rynku, zamiast „Wiem, że w waszej Akademii będę mógł zdobyć solidną wiedzę i wykształcenie oraz rozwinąć się”. Zdałem do Katowic na fortepian.

M.F.: Tylko do tych dwóch miejsc składałeś dokumenty?

K.P.: Tylko do tych dwóch. Ale Katowic nie skończyłem, bo tym razem pan od filozofii się na mnie obraził. Na egzaminie poprawkowym zapytałem go, dlaczego trzeba zdać filozofię, aby dostać dyplom Akademii Muzycznej. Trochę jak w tym rysunku Raczkowskiego, na którym widać nauczyciela pytającego klasę, czy filozofia jest potrzebna i jeden z uczniów odpowiada „nie wiem”. Pani od integracji sztuk też się obraziła i stwierdziła, że swoją pracą domową obrażam Akademię. Miało to być coś, co by integrowało trzy różne dziedziny sztuki. Kompletnie nie wiem, o co jej chodziło, bo wziąłem wtedy obraz przedstawiający trzy klarnety stojące pionowo wyglądające jak kraty więzienne i dorysowałem głośniki, z których leciał „Jailhouse Rock” z dopiskiem „Tu byłem – Elvis”. Zwolnili mnie, bo przenosiłem te przedmioty na następny rok, nie płacąc za nie. Poza tym zawsze bardzo mnie zniechęcało granie egzaminów, bo gdzie tu muzyka, skoro młodszy muzyk gra dla starszych muzyków, którzy potem wystawiają mu za to ocenę. To chyba najgorszy sposób grania muzyki, podobnie jest z konkursami. To tak, jakbyś wiedziała, że z twoim chłopakiem ma dojść – jak to panowie ładnie mawiają – do aktu sakramentalnego, a ktoś by to obserwował i miał po wszystkim wystawić ci za to ocenę. Gdzie tu miejsce na przyjemność?

M.F.: Czyli do twojego grania nikt nie miał większych zastrzeżeń?

K.P.: Z perkusji dodatkowej miałem 5, z fortepianu miałem 4, ale jeśli chodzi o edukację, to najwięcej mi dał Muniak. Granie z Muniakiem, przebywanie z Muniakiem, gadanie z Muniakiem. Jak miałem 18 lat, to pierwszy raz z nim grałem. Przypadkowo. Jakiś gitarzysta uciekł z koncertu… No wiesz, tak naprawdę żadna instytucja, żadna akademia, nie nauczy cię tego, czego się nauczysz, grając na żywo. Tak samo Kubica nie nauczy się rajdów, jeżdżąc w grze komputerowej.

M.F.: Czy można zatem powiedzieć, że szkoły mają za zadanie wykształcić „maszyny do grania”?

K.P.: Może maszyny to nie, ale szkoły mają jakiś określony program, który muszą zrealizować i nie przykładają za bardzo wagi do tego, żeby wykrzesać z kogoś osobowość czy kreatywność. To musisz po prostu wyjąć z życia, zagłębić się w siebie. To, czego uczą, jest przydatne warsztatowo. Skale warto znać.

M.F.: Poza Januszem Muniakiem, czy ktoś jeszcze na ciebie wpłynął?

K.P.: Wiesz, wpływ na mnie ma wszystko, z czym się stykam. Nie chodzi tylko o muzykę. Bardzo mnie inspirują ludzie, którzy coś zdziałali w życiu. Na przykład wspomniany Kubica, którego podejście do tego, co robi, jest oszałamiające. Ledwo przeżył wypadek trzy lata temu, a teraz jeździ na najwyższym poziomie w nowej kategorii. Ludzie, którzy siedzą w rajdach 20 lat, są w szoku, co ten człowiek robi. Wszystko, w czym potrafię dostrzec coś, co mnie ciekawi, to mnie wzbogaca i potem przepływa przez paluchy na klawiaturę. Książki, filmy…

M.F.: Jakieś konkretne?

K.P.: Co do książek, to na przykład takie tytuły jak ”Bogaty ojciec – biedny ojciec”. ”Bóg urojony”, ”Sztuka pierdzenia” czy ”Steve Jobs – sekrety innowacji” albo ”Whiskey – Leksykon smakosza”.To się oczywiście zmienia, ale znalazłem taką listę najbardziej porąbanych filmów na świecie. Lubię chodzić do teatru. Ostatnio byłem na ”Małych zbrodniach małżeńskich”, bardzo przyjemny spektakl. Znalazłem też fajne materiały na Discovery o Richardzie Bransonie z Virgin, który teraz robi loty w kosmos. Świetny koleś. Strasznie mnie to napędza, że robi, co mu wpadnie do głowy.

M.F.: Pytanie tylko, jak on to robi? Może po prostu nie boi się ryzyka?

K.P.: Czytałem ostatnio o sprawach porażek i znowu na myśl przychodzi mi Kubica, który jest pod tym względem niezniszczalny. On jest moją największą pozamuzyczną inspiracją. Sam zresztą lubię chodzić na gokarty, a kiedyś może wystartuje nawet w jakimś rajdzie.
Widziałem też taki fajny wykres, jaka jest droga do sukcesu. Najpierw nie robisz nic, potem są porażki, a na końcu sukces. Porażki po prostu muszą być, bo z nich wyciąga się najważniejsze lekcje. Dochodzenie do czegoś, to było cały czas grzebanie w tym, co zrobiłem źle i znajdowanie w tym perełek.

M.F.: Tobie akurat przyszło do głowy nagranie płyty. Opowiedz trochę o niej. Co zadecydowało o takim składzie i takich konfiguracjach?

K.P.: Formuła kwartetu jest bardzo klasyczna i najwygodniejsza dla mnie. A dlaczego z takimi ludźmi? Słuchaj, w tym zespole jest jak w dobrym związku, jest świetna chemia, porozumienie, reakcje molekularne… To są ludzie, z którymi wiem, że mogę zrobić świetne rzeczy. Zarówno na scenie, jak i poza nią. Zawsze będzie ciekawie, cokolwiek byśmy nie robili. To jest trochę tak, jak z dziewczyną. Kiedy jest miłość, to można robić szczere, wielkie rzeczy. Nie mógłbym grać z kimś, za kim nie przepadam. To będzie słychać.

M.F.: Niektórzy twierdzą, że profesjonalista potrafi zagrać z każdym albo umie pójść na pewne ustępstwa. Co o tym sądzisz?

K.P.: Ja nie jestem profesjonalistą. Nie mam dyplomu (śmiech). Jeśliby się zdarzyło, że na jakimś kawałku mi zależy, a wydawca chce go z płyty usunąć, to bym obstawał przy swoim, bo tym samym chciałby usunąć jakąś historię z mojego życia. Jednak jeśli dwie strony dojdą do porozumienia, to jest to w porządku. Adam Domagała chciał, żeby zmienić kolejność i żeby „Ciążownik” był pierwszy, no i jest. Miałem ustaloną wcześniej kolejność, ale jakoś bardzo się przy niej nie upierałem…

M.F.: No właśnie, płytę wydałeś w V-Records. Twój album jest trzecim, jak do tej pory, wydanym przez tę wytwórnię. Dlaczego akurat ją wybrałeś?

K.P.: Słyszałem, że się bardzo przykładają. Adam mówi, że kocha muzykę. W ogóle jest zdolnym gościem, potrafi załatwić wiele rzeczy i bardzo mu jestem za to wdzięczny. Nie traktuję go jako menedżera, ale, jak sam wspominał, nie wyklucza tego. Kto wie, może kiedyś, coś…

M.F.: Gdzie nagrywaliście materiał?

K.P.: W Warszawie, na sali koncertowej Uniwersytetu. Nagrywaliśmy „na setkę”. Mniej więcej od dwunastej w nocy do piątej nad ranem.

M.F.: Przeżywasz swój First Album? Opowiadałeś, że wszystkie te utwory wiążą się z twoimi życiowymi historiami.

K.P.: Będę przeżywał, jak będą koncerty, ale oczywiście cieszę się, że się udało. A z historiami to już pal licho. Utwory to jest właśnie to, co ja widzę wokół. Są dokładnie tak wymowne i absurdalne jak to, co się wyrabia na tym dziwnym świecie. Jest trochę tak, jakbym pisał muzykę do swojego własnego życia, co jest prostsze od napisania muzyki do filmu, bo nikt się nie wpierdziela, że tam jest coś źle napisane czy niewłaściwie dodane. Co najwyżej krytycy mogą wyrazić swoje niezadowolenie i dać jedną gwiazdkę, co też będzie mi się kojarzyło ze szkołą. Jest w tej muzyce trochę bólu. „Ciążownik” na przykład jest bolesny, bo to ciężki okres. W „Lunzyferionie” słychać boogie. Grałem boogie, od kiedy pokazał mi je wujek, kiedy byłem mały. Co z tego, że grało się je 100 lat temu, skoro jest w tym wielki fun. Nie widzę przeszkód, żeby to przemycać do muzyki współczesnej. W ogóle „Lunzyferion” miał nie tyle nawet oddawać charakter Lunzów, tylko ogólnie to, co się działo u Muniaka. Zresztą nadal się dzieje. I będzie się działo, na pewno, dopóki Muniak tam będzie. Każdy utwór to po prostu jakieś zdarzenie. Smutne albo wesołe.

M.F.: Na płycie słychać charakterystyczne atonalne granie Marka Pospieszalskiego, to wyszło „w praniu”, czy miałeś coś takiego w głowie, gdy komponowałeś?

K.P.: Wiedziałem, jak będzie z Markiem. Grałem z nim pare razy i wiem, jaki z niego jest gagatek. Nigdy natomiast nie zastanawiałem się nad tym, czy on gra dobrze, czy źle. Tak naprawdę nie ma czegoś takiego jak granie dobrze czy źle. Są niby poziomy – ktoś może grać na wysokim lub niskim poziomie, ale chodzi o to, żeby grać siebie, grać prawdę, nie ściemniać. Jak ktoś ściemnia w graniu, to też ściemnia w życiu. A Marek… Ciężko powiedzieć, on jest w ogóle gdzieś indziej z muzyką, ale tego właśnie chciałem. Wiedziałem, że jak zagra coś, to będzie ciekawie. Jestem bardzo zadowolony.

M.F.: Nie da się ukryć, że wyszło to bardzo dobrze. Zbierasz dobre recenzje, nawet od tych bardziej surowych krytyków. Zdarzyło ci się usłyszeć coś zaskakującego na swój temat?

K.P.: Nigdy mnie nikt jakoś strasznie nie opierdolił, ale cenie sobie opinie tak samo dobre, jak i złe. Ważne jest, żeby te złe były konstruktywne. Co do dobrych, to raz jeden koleś podszedł do mnie i powiedział, że chodzi na różne koncerty jazzowe i musi sobie zajarać, żeby było fajnie i żeby miał dobry odbiór, a przy mnie nie musiał nic palić. To jeden z największych komplementów, jakie dostałem. Naprawdę.

M.F.: Ile twarzy ma Kuba Płużek? Poruszasz się tak naprawdę po wielu gatunkach, nawet disco-polo. Jest coś, co ci sprawia największą przyjemność?

K.P.: Kurde, mam jedną i w Batmanie na pewno nie mógłbym grać dwóch twarzy. Co do disco-polo, to KUBEX na razie muszę zawiesić, bo wychodzi płyta, więc nie wiem, czy będę miał czas na takie zabawy. (śmiech) A największą przyjemność sprawia mi, jak się dobrze gra. Nie ma znaczenia, czy to jest free-jazz, klasyka, standardy, dubstep czy psychotrance, moje kompozycje lub cudze. Nieważne. Ja tak nie potrafię rozgraniczać muzyki. Jak jest fajna, to jest fajna. Nawet nie nazywam siebie pianistą jazzowym. Nie miałbym nic przeciwko graniu na żywo fajnego techno na imprezie.

M.F.: A zdarza ci sięcbyć z siebie niezadowolonym?

K.P.: Bardzo często. Nawet na płycie jest parę rzeczy, które bym poprawił, bo kilka razy się tam potknąłem.

M.F.: Z drugiej strony, takie wymuskane granie jest czasami sztuczne. Weźmy za przykład Eldara Djangirova. Ma niesamowitą technikę i gra bezbłędnie, ale w jego graniu jednak brakuje tego czegoś.

K.P.: Strasznie zapierdziela. Gra świetnie, poziom jest bardzo wysoki, ale zgodzę się – wszystko gra tak samo. Jakoś tak zimno. Brakuje mi w nim takiego głębokiego ducha. Wydaje mi się, że w relacji z kobietami jest niezbyt gorący… (śmiech) To się bardzo ze sobą wiąże.

M.F.: Na koniec powiedz mi jeszcze, jakiego pianistę szczególnie cenisz?

K.P.: Ostatnio słucham dużo różnych rzeczy. Niedawno odkryłem Jona Hopkinsa i album Insides. On akurat robi elektronikę, ale ogólnie jak znajdę coś, co czuję, że jest mi bliskie, to na pewno jakoś na mnie wpłynie i potem słychać to w grze. Każdy człowiek nasiąka takimi rzeczami, które są dla niego fajne i to potem wychodzi. Ja po prostu jestem za tym, żeby robić szczerą muzykę i dzielić się tym dobrem z ludźmi.

M.F.: Myślę, że tym stwierdzeniem możemy zakończyć naszą rozmowę, dzięki!

K.P.: Dzięki!