Quo vadis ESK?

Quo vadis ESK?

rozmawiali Marcin Bubiński i Jakub Lasota

- kategorie: wywiady

Przez Euro 2012 nasze miasto przeszło suchą stopą. Czy uda się to także w wypadku Europejskiej Stolicy Kultury? Wątpliwości na temat stanu przygotowań naszego miasta na łamach Uniwersala w ekskluzywnym wywiadzie starał się rozwiać Krzysztof Maj, Dyrektor Generalny ESK 2016.

Marcin Bubiński: – Panie dyrektorze, od przyznania Wrocławiowi tytułu Europejskiej Stolicy Kultury minęły przeszło dwa lata. Zaraz po ogłoszeniu decyzji na portalu Gazety Wyborczej ukazał się artykuł, w którym ludzie związani z kulturą oraz prezydent Dutkiewicz wypowiadali się o tym zaszczycie, jako o wielkiej szansie na rozwój kulturalny stolicy Dolnego Śląska. Czy przez te dwadzieścia cztery miesiące udało się pana zdaniem te założenia zrealizować?

Krzysztof Maj: – Uważam, że tak. Chociaż chciałbym zaznaczyć, że pełnia sukcesu tego przedsięwzięcia będzie widoczna po 2016 r. Decyzja o wystartowaniu z kandydaturą miasta do tytułu ESK była włączona do planu rozwoju Wrocławia do 2020 r., w którym kultura jest ważnym elementem. Cel, który nam przyświecał przez te dwa lata, to zwiększenie partycypacji mieszkańców. Nie chodzi nam tylko o sztukę, uczestnictwo w spektaklach, malowanie obrazów, ale o kulturę w szerokim ujęciu, o pewną wspólnotę. Myślę, że udało się zrealizować te założenia. Spójrzmy chociażby na ideę wyprzedaży sąsiedzkich, zakorzeniającą się w naszych miejskich społecznościach.

M.B.: – Staracie się o jak największą partycypację mieszkańców w tym projekcie, o czym pan wspomniał. Natomiast jak było z akceptacją społeczną, będącą bardzo ważnym czynnikiem przy przyznawaniu tytułu ESK? Czy społeczeństwo tego chciało, czy może to władza bardziej zabiegała o to wyróżnienie, aby mieć trochę pieniędzy do wydania i parę etatów do obsadzenia. Gdy sięgam pamięcią, to np. w Katowicach i Lublinie był o wiele większy entuzjazm mieszkańców związany z tym projektem.

K.M.: – Moim zdaniem entuzjazm wrocławian był i nadal jest ogromny. Świadczy o tym spory udział organizacji pozarządowych w animowaniu życia kulturalnego nie tylko we Wrocławiu, ale i całym naszym regionie. W grudniu 2012 r. organizowaliśmy konferencję z udziałem wszystkich polskich miast ubiegających się o Europejską Stolicę Kultury. Widziałem wiele pozytywnych aspektów w działaniach naszych byłych rywali, ale z pewnym podziwem patrzyłem na Wrocław. Takie miasta jak Katowice czy Lublin coraz więcej przeznaczają na oddolne robienie kultury przez organizacje pozarządowe, ale stolica Dolnego Śląska na tym poziomie była już sześć, siedem lat temu. Dostrzegliśmy już dawno, że potencjał jest w ludziach, że to niekoniecznie urzędnicy muszą tworzyć kulturę. Chcieliśmy podzielić się odpowiedzialnością i kreatywnością. Dlatego też Wrocław jako pierwszy zaczął organizować konkursy dla organizacji pozarządowych, a ESK jest szansą na ich wzmocnienie i ugruntowanie.

M.B.: – Zastanawiam się tylko, czy Wrocław nie jest już rozpoznawalną marką na świecie, a to z wiadomych względów zobowiązuje do dużych nakładów na kulturę. Zaryzykuje stwierdzenie, że jest w pierwszej trójce najlepiej rozpoznawalnych polskich miast obok Warszawy i Krakowa. Natomiast Katowice i Lublin ubiegały się o tytuł po to, aby się wypromować i zacząć się kojarzyć z szeroko rozumianym życiem kulturalnym.

K.M.: – To, o czym pan powiedział, pokazuje właśnie, jak ważne jest to, że ten konkurs odbył się w naszym kraju. Miasta zrozumiały, że kultura może być nie tylko kwiatkiem do kożucha, ale czymś bardzo ważnym. Bałbym się powiedzieć, że jesteśmy jednym z trzech najbardziej rozpoznawalnych polskich metropolii w świecie, ale staramy się to osiągnąć. Wiele na tym polu udaje nam się dzięki mieszkańcom, tworzącym pozytywną wizję Wrocławia na zewnątrz. Poza tym chcielibyśmy dzięki ESK pokazać, że nie tylko Wrocław, ale cały nasz region stoi kulturą, że stolica czuje więź z prowincją, nie chce się od niej separować oraz chce się splendorem wynikającym z miana Europejskiej Stolicy Kultury podzielić.

Jakub Lasota: – A propos regionu. Miasta kończące w 2013 r. swoją „prezydencję”, czyli Marsylia i Koszyce, nie ograniczyły swoich działań w ramach ESK do miasta, ale włączyły do projektu również przyległe obszary. Jak w praktyce wygląda to u nas?

K.M.: – Przykłady Prowansji czy Pentapolitany, czyli związku pięciu miast, w tym Koszyc, są dla nas wzorem współpracy z regionem. Już na etapie składania aplikacji do konkursu o ESK Wrocław otrzymał wsparcie od prezydentów wszystkich dolnośląskich miast. Dodatkowo, w Radzie Doradczej ESK znalazł się Dariusz Kowalczyk, sekretarz województwa dolnośląskiego, z którym odbyłem spotkania dotyczące włączenia regionu dolnośląskiego do programu ESK. Z uwagi na kwestie legislacyjne bardzo istotna jest dla nas współpraca z Urzędem Marszałkowskim, który może rozdysponować środki finansowe na poszczególne gminy. Nie ma jeszcze efektów ani przemyślanych projektów kooperacji, jednak wdrażane są inicjatywy interregionalne, szczególnie w zakresie sztuk teatralnych i literackich. Ponadto złożyliśmy wniosek o uwzględnienie ESK w unijnych regionalnych programach operacyjnych na lata 2014-2020.

J.L.: – Czas płynie nieubłaganie, oczywiście rok 2016 jest tylko pewnym terminem, nie sztywną datą, ale kiedy będziemy mogli spodziewać się pierwszych efektów działania ESK w regionie?

K.M.: – Już w tym roku będą one widoczne. Zauważyliśmy bowiem w małych miejscowościach popyt na kulturę, której nie chcemy przekazywać bezpłatnie, ale na pewno sprawić, by była bardziej przystępna. W poprzednim roku zorganizowaliśmy I Międzynarodowy Festiwal Teatrów dla Dzieci, który udowodnił jak duże jest zapotrzebowanie na takie projekty. Z udziałem teatrów działających przy Imparcie planujemy zorganizować swoisty tour po Dolnym Śląsku pod nazwą „Poranki z teatrem dla dzieci”. Mając nadzieję na wsparcie z Ministerstwa Kultury, zamierzamy odwiedzać najmłodszych z gotowymi przedstawieniami bajkowymi, dając im jednocześnie możliwość podejrzenia warsztatu teatralnego. Pomoże to zarówno pokazać dzieciom, że jest alternatywa poza telewizją i komputerem, jak i wesprzeć gminy, które z uwagi na brak środków często muszą spychać kulturę w dół listy wydatkowania finansów publicznych. Jednocześnie może to poprawiać relacje rodzinne, wszak dziecko na taki teatrzyk pójdzie z rodzicem.

J.L.: – Zadając te pytania miałem cichą nadzieję, że wspomni pan o społecznych, oddolnych inicjatywach, nie mających szans na wsparcie ze strony władz samorządów, a które ESK może wspomagać. Dobrym przykładem może być projekt „Podwórko”, którym dopiero niedawno zainteresowali się urzędnicy.

K.M.: – Po raz kolejny pokreślę, że bardzo zależy nam na interakcji z mieszkańcami i ich dużym udziale w inicjatywach. Od maja do listopada ubiegłego roku byliśmy wrocławskim operatorem ogólnopolskiego projektu realizowanego przez Narodowe Centrum Kultury – Dom Kultury Plus. W jego ramach ogłosiliśmy konkurs dla mieszkańców na małe projekty aktywizujące lokalną społeczność, w którym wyłoniliśmy sześć zwycięskich inicjatyw, które zostały zrealizowane, jednak nie bez problemów. Ponosiliśmy całą odpowiedzialność formalną i finansową oraz współpracowaliśmy z osobami fizycznymi, które nie do końca rozumiały kwestie biurokracji i finansów publicznych. Ostatecznie udało się nam sfinalizować projekty, które wyznaczyły nam trendy działania. Wspólnie z kuratorami przeanalizowaliśmy życie kulturalne Wrocławia i doszliśmy do wniosku, że nie ma potrzeby generowania nowych festiwali na Dolnym Śląsku, gdzie jest ich całkiem sporo i zwyczajnie nie ma dla nich miejsca. Nasze cele zrealizujemy poprzez mechanizm tzw. mikrograntów, które chcemy wprowadzić w życie już jesienią tego roku, wspomagających projekty lokalnych społecznością kwotą kilku tysięcy złotych. Mogą to być zarówno happeningi, performance, jak i place zabaw dla dzieci czy kwietniki osiedlowe. Inicjatywy te, modelowane jeszcze przez naszych kuratorów, wypełnią lukę w przestrzeni miejskiej, jaką pozostawiają wielkie festiwale, jak choćby Wratislavia Cantans.

M.B.: – Poruszył Pan wątek festiwali, których we Wrocławiu jest istotnie bez liku. Wisienkami na torcie są takie wydarzenia jak wspomniane Wratislavia Cantans czy T-Mobile Nowe Horyzonty. Odbywają się również jednak takie festiwale jak Avant Art, który miał miejsce także w Imparcie. Czy uważa Pan, że jest on przeprowadzany profesjonalnie?

K.M.: – Uważam, że nie powinno się generalizować. Poza tym tak jak słowo „galeria”, która z domu sztuki stała się marketem, tak ostatnimi czasy słowo „festiwal” uległo dewaluacji. Sporo osób swoje wydarzenia określa mianem festiwalu, podczas gdy faktycznie takowym one nie są. Myślę jednak, że akurat Avant Art jest organizowany poprawnie.

M.B.: – Patrząc na obecną edycję Avant Artu, mam wrażenie, że jest to komedia pomyłek. W klubie Bau Bar wystąpić miał DJ Rashad, jeden z bardziej uznanych muzyków elektronicznych. Z przyczyn osobistych odwołał europejską trasę koncertową i organizatorzy zapewne nie dowiedzieliby się o tym, gdyby jeden z uczestników festiwalu nie zamieścił informacji na facebooku. Inna sytuacja: po raz pierwszy miał zostać wyświetlony film o Davidzie Bowie, Lou Reedzie i Iggy Popie, jednak przed samym seansem widzowie zostali poinformowani, że organizatorom nie udało się pozyskać polskich napisów do filmu.

K.M.: – Pojawia się pytanie: do kogo należy mieć pretensje? Avant Art Festival prowadzą organizacje pozarządowe…

M.B.: – …owszem, ale niewątpliwie ma on wsparcie ze strony ESK i miasta Wrocławia, które finansując festiwal i umieszczając tam swoje logo, firmuje to wydarzenie.

K.M.: – Tak. Hipotetycznie, urzędnicy miejscy przyjmując takie uwagi na temat festiwalu odpowiadają, że Avant Art nie otrzyma dofinansowania w przyszłym roku. Tak dzieje się w wielu przypadkach, które potem przedstawiane są w taki sposób, że „winnymi” stają się organizacje takie jak ESK, a w rzeczywistości dofinansowania są najczęściej cofane po skargach na działanie finansowanego wydarzenia czy instytucji. Nie jestem w stanie odpowiadać za realizację wszystkich festiwali we Wrocławiu i nie mam zamiaru się za nie tłumaczyć. Natomiast każdy pracuje na markę i odbiór swojego festiwalu i przypuszczam, że wszystkie potknięcia i niedociągnięcia są wcześniej komunikowane i wygładzane. Najprawdopodobniej w przypadku Avant Artu zabrakło właśnie dobrej komunikacji. Nie uważam jednak, że lepiej by było, gdyby wszystkie te wydarzenia organizowały instytucje publiczne. Potrzeba po prostu konstruktywnej krytyki i dialogu z organizacjami pozarządowymi.

sprawdź: nawigiliewgory.pl