Stajesz się numerem

Stajesz się numerem

Grzegorz Małyga

- kategorie: Podróże

Od chwili gdy postawisz stopę na brzegu, może jeszcze nie wiedząc, gdzie właściwie dotarłeś. Stajesz się numerem dla służb ochrony granic, dla policji, dla urzędników z Refugee Commission, dla strażników w obozie, dla pracowników organizacji pomocowych, od których za każdym razem próbujesz wydobyć informację, ile to wszystko jeszcze potrwa… Ci ostatni może czasem próbują skojarzyć twoją twarz z imieniem, ale przecież nie sposób wszystkich zapamiętać, gdy na pryczach dokoła leżą co najmniej 2 tuziny podobnych do ciebie Mahmudów, kilkunastu Abdullahów i tyleż samo Ahmedów.

W końcu dochodzi do tego, że spytany o imię, sam odpowiadasz: 13 T 65. Imię? Jakie ono ma znaczenie tu, gdzie jesteś? Pierwsze dwie cyfry oznaczają rok. 2013 niewiele różni się od poprzednich. Ludzie wciąż przybywają, setki, tysiące. Zaczęło się na dobre w 2002 r. i tak to trwa do teraz, a liczby ciągle się zwiększają. Potem jest litera, która oznacza kolejną łódkę w danym roku. Łódkę? Tak, czasem są to stare, zdezelowane łodzie rybackie, ale nierzadko jakieś łajby czy zwykłe pontony. Często z niesprawnym silnikiem i ilością paliwa zbyt małą, by dotrzeć do celu. Zawsze przepełnione i cholernie niebezpieczne. Podczas zimowych sztormów szanse powodzenia są małe. Sezon na dobre zaczyna się wczesną wiosną, gdy pojawiają się nowi „ludzie z morza”. Ci pierwsi stają się od tej pory grupą A. Niedługo po nich do brzegu przybijają kolejni. B, C, D… W zeszłym roku stanęło na X. To 24 łodzie. Kiedy alfabet się kończy, przydzielanie liter zaczyna się od nowa: AA, BB, CC… potem AAA, BBB itd. W 2008 r. cały alfabet przeleciał trzy razy, a wyliczanka zatrzymała się dopiero na 08 BBBB. Ostatnie cyfry wskazują już na konkretną osobę z danej łódki. Numer porządkowy zapisany na plastikowej opasce zaciśniętej wokół przegubu chudej ręki. Czasem przypływają po kilka osób, czasem po sto, dwieście, trzysta i więcej. Tyle osób wysiada na brzeg. Nie znaczy to jednak, że tyle samo wsiadło na pokład w Libii. Morze też pobiera swoją opłatę. Nie przepuszcza na drugą stronę bez odpowiedniej ofiary. Police number: 13 T 65 – sześćdziesiąta piąta osoba z łodzi T, dwudziestej w roku 2013.

W drogę
Północna Europa. Lecą na południe. Pakują się na kilka dni do małej walizki na kółkach. W kolejce do samolotu są niespokojni. Bagaż za duży, za ciężki, żeby tylko nie mierzyli, nie ważyli. Oby zmieścił się do schowka nad fotelami… A na pokładzie już spokój, może jakieś drinki, może whisky z duty free -tylko tak, żeby obsługa nie widziała. Obowiązkowo szorty. Kapelusz i ciemne okulary przez cały lot, choćby w domu wiało i lało – przecież na miejscu słońce, upał, inaczej się przecież nie da w taką pogodę. Miejsca na nogi mało, człowiek przy człowieku. Tak myślą, ale głośno nie narzekają. Wiadomo, tanie linie. Ale to tylko 2-3 godziny lotu. Lądowanie. Oklaski. Rozgrzany beton płyty lotniska.
Północna Afryka. Cel ten sam, ale wyjeżdżają być może na całe życie. Powrotu nie planują, nie ma do czego, nie ma jak. Pakują się do jednej reklamówki, ale i tak nie wszystkie bagaże się zmieszczą. Kieszonkowy Koran lub Biblia, zdjęcie rodziny, paczka papierosów, komórka, a w niej wbite numery bliskich, którzy zostali w domu i tych, którym już się udało, którzy czekają po drugiej stronie i pomogą coś załatwić, zorganizować się jakoś na start. Butelka wody na drogę – mało, ale dobre i to. Z ubrań – tylko to, co na sobie. Przepocona koszulka, która towarzyszyć im będzie przez najbliższe tygodnie. Łódź kołysze się na wszystkie strony, zanurza niebezpiecznie głęboko. Siedzący na burcie z nogami spuszczonymi na zewnątrz niemal dotykają już tafli wody gołymi stopami. Wciąż wchodzą kolejni, potykają się w ciemnościach, szukają skrawka miejsca do przykucnięcia. Każdy dał przemytnikom po 1000 euro, każdemu się to miejsce należy. Ktoś naprędce zostaje wyznaczony na kapitana – był mechanikiem, zna się na silnikach. „Kierujcie się cały czas na północ. Morze jest spokojne, łódź jest pewna. To tylko kilkanaście godzin, maksimum 20, inshallah” Wypływają w noc.

Nikt nie celuje w Maltę
Tych kilka okruchów skały o powierzchni 316 km2 na środku Morza Śródziemnego jest około 1000 razy mniejsze od Polski. Za to ogromna gęstość zaludnienia lokuje ten kraik w pierwszej dziesiątce na świecie, w której pola ustępuje niemal wyłącznie państwom-miastom jak Monako czy Watykan. Siłą rzeczy nie dla wszystkich mieszkańców starcza tu pracy. Do tego maltański system imigracyjny należy do najsurowszych w Europie. Państwo nieraz przegrywało w związku z tym sprawy przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka, ale przez lata niewiele się w tej materii zmieniło. Dlaczego więc co roku przypływają tu bez dokumentów tysiące ludzi z Afryki i Azji? Oczywiście, wartości rzędu 2-3 tys. osób rocznie nie wydają się być duże w porównaniu z falami imigrantów, jakie zalewają Włochy czy Grecję. Jednak dla kraju, którego całkowita liczba mieszkańców jest równa 2/3 populacji Wrocławia, to już sporo. UNHCR (Wysoki Komisarz Narodów Zjednoczonych do spraw Uchodźców) szacuje, że na wyspie pozostało ok. 30% z ponad 18 tys. imigrantów, którzy trafili tu drogą morską od 2002 r. – resztę albo deportowano, albo przesiedlono do innego kraju gdzieś na Zachodzie w ramach programu Resettlement IOM (International Organization for Migration). Te pozostałe 30% pewnie też chciałoby stąd wyjechać. Gdyby tylko mogli. Gdyby tylko nie ograniczało ich unijne rozporządzenie Dublin III, które wiąże ich los z tą ziemią, na której jako pierwszej postawili stopę po wyjściu na brzeg. To dlatego nikt nie celuje w Maltę. Lądowanie na Sycylii czy choćby na maleńkiej Lampedusie oznacza szansę na rychłe otrzymanie dokumentu upoważniającego do podróży po całym kraju. Co prawda nie pozwala on na zamieszkanie poza Włochami, ale to przecież i tak ponad tysiąc kilometrów od Kalabrii po Piemont. Tysiąc kilometrów szans i możliwości, miast pełnych turystów, którym można sprzedać chińskie okulary przeciwsłoneczne i osiedli, w których gnieżdżą się inni czarnoskórzy imigranci. A Malta? 30 km w najszerszym miejscu… Skąd zatem te 18 tys. ludzi? Przypadek, pech, sztorm, wiatr, prądy morskie, błąd w nawigacji. Nikt nie celuje w Maltę.

All Maltese killers!
Krzyki. Wywozili go w asyście krzyków. Rytmicznego stukania w kraty, gwałtownych uderzeń w matowe plastikowe tafle zasłaniające okna. Zaciśnięte czarne pięści pomiędzy prętami. – All Maltese killers! Wszyscy Maltańczycy to zabójcy! – Pojedynczy głos odbija się od jasnożółtych wapiennych ścian dwóch baraków na terenie koszar zaadaptowanych na obóz dla imigrantów. Dziwne, ale dwaj strażnicy z Detention Service nie wyglądają na złych, a raczej na zasmuconych, urażonych tymi słowami. Ściszonymi głosem wymieniają zdania między sobą, ale nie przerywają głosowi zza krat. Karetka na sygnale. Somalijczyk leżący bez ruchu w pozycji bocznej ląduje na noszach i jest przenoszony do ambulansu, który po chwili odjeżdża z obozowego dziedzińca, wzburzając pył spod kół. Jeszcze pół godziny temu rozmawialiśmy z nim, siedząc na pryczy w Warehouse 2. To ukryty za ogrodzeniem z drutu kolczastego budynek zapełniony piętrowymi łóżkami, dawny barak wojskowy mieszczący 300 osób, teraz zajmowany przez starających się o azyl mężczyzn z Somalii. W ostatnich latach to właśnie oni stanowią ponad połowę przybyszów. Potem przeszliśmy do bliźniaczego Warehouse 1, parę metrów dalej, gdzie przetrzymywani są imigranci z innych krajów – głownie z Erytrei, a oprócz tego także z Syrii, Palestyny, Sudanu, Mali, Nigerii czy Ghany. I wtedy rozległy się wrzaski, przeszywające lamenty. I szarpanie za kłódkę – sygnał przyzywający strażników. Pobiegli od razu. Coś przeczuwali, wiedzieli – przecież to nie pierwszy raz, niemal codzienność… Powiesił się na wiatraku pod sufitem na sznurze splecionym ze skrawków prześcieradła. To jedna z trzech metod dostępnych w miejscu, gdzie zabierają ci wszystko, co masz, a posiłki jesz plastikowymi sztućcami. Pozostałe dwie to wypicie szamponu albo przedawkowanie lekarstw przepisanych przez lekarza komuś innemu. Zazwyczaj się nie udaje. Jemu też się nie udało – zaalarmowani strażnicy odcięli go, zanim zdążył się udusić, a nieumiejętnie przygotowany stryczek nie doprowadził do przerwania rdzenia kręgowego. A może właśnie osiągnął to, co chciał? Zwrócił na siebie uwagę, zyskał zainteresowanie, pokazał, że jest zdolny do wszystkiego, byleby ktoś zajął się jego przypadkiem, wybrał go spośród setek innych oczekujących na pomoc. Teraz przeniosą go na kilka dni do szpitala Mount Carmel, ale potem może jego sprawy ruszą do przodu. A jego śladem pójdą inni.

Mount Carmel
Szpital psychiatryczny na pierwszy rzut oka nie wygląda na miejsce, w którym ktokolwiek chciałby zostać dłużej. Tutaj, w małych celach z jednym zakratowanym okienkiem wychodzącym na korytarz, swój finał znajdują wszystkie próby samobójcze. Tutaj spotka się ludzi najbardziej zniszczonych, załamanych, doprowadzonych do skraju, bez nadziei i woli walki. A jednak, niektórzy cenią sobie to odosobnienie, ucieczkę od nieustannego hałasu obozowych sal, tych samych twarzy od miesięcy, tego samego jedzenia dzień w dzień od pół roku. Nawet za cenę zamknięcia przez 23 godziny na dobę w pokoiku o wymiarach 3 × 4 m. Nawet jeśli trzeba stanąć na krawędzi życia i śmierci, żeby móc spędzić tu tych kilka dni. Ale nie dla wszystkich jest to wynik takiej kalkulacji. Tacy jak Simon trafiają tu, bo dla nich życie straciło już wszelki sens. Dorosły mężczyzna płacze i opowiada, jak postawił na szali wszystko, a w zamian nie zyskał nic, tracąc jeszcze swój honor mężczyzny, ojca, męża. Przebył dłuższą drogę niż inni. Jego dom jest 8 tys. km stąd, w Bangladeszu. Tam zostawił żonę i ciężko chorego synka. Zapożyczył się na wielką sumę, żeby opłacić podróż – przerzut przez granice, przez pół Azji i północną Afrykę do Libii, przez morze do Włoch. Obiecał, że jak tylko dotrze do celu, znajdzie pracę i spłaci dług. A potem zarobi pieniądze na operację dla syna. Jest wytrzymały, może pracować po kilkanaście godzin dziennie, w najcięższych warunkach, weźmie każdą pracę, byle tylko pomóc, byle opłacić leczenie, zrobi wszystko dla rodziny… – Siedzę zamknięty w obozie już 5 miesięcy. Powinienem w tym czasie pracować, przesyłać pieniądze do domu, a tymczasem wciąż czekam na azyl. Nic nie mogę zrobić. – Jego głos brzmi cicho i beznamiętnie. Nie ma w nim odrobiny nadziei. – Ci, u których się zapożyczyłem, to źli ludzie. Nie oddałem im pieniędzy na czas. Wiem, co zrobili mojej rodzinie. Nie mam po co wracać. – Simon odchodzi od zakratowanego okienka. Kładzie się na pryczy. Zakrywa twarz i płacze.

Zapach obozu
Stary męski pot i przypalone mleko. Zarówno w obu Warehouse, jak i w B-Block, budynku położonym na terenie tego samego kompleksu wojskowego w miejscowości Safi, a także w Zones, leżących w oddalonym o kilka kilometrów Hal Far. Uderza w nieprzyzwyczajone nozdrza chwilę po tym, gdy za plecami masywna kłódka zatrzaskuje się na kracie. I ciągły hałas. Krzyk, który jest tu jedyną skuteczną metodą porozumiewania się. Szczęk żelaza wywołujący strażników. Charczący głośnik telewizora przez kilkanaście godzin dziennie nadającego amerykańską muzykę lub mecze piłkarskie z dźwiękiem podkręconym do granic możliwości. Śpiew muezzina pięć razy dziennie wzywający wyznawców islamu do modlitwy. Obozowe Allahu akbar na każdy dzień rozpisane co do minuty w tabelce na poszarpanej karteczce przylepionej do ściany.
Jedzenie codziennie to samo. Teoretycznie pełnowartościowe, ale po pewnym czasie wydaje się być pozbawione smaku. Ryż z kurczakiem dostarczany jest w pudełkach do podgrzania. Za łyżkę musi służyć zwinięta kartonowa pokrywka. Pod koniec jedzenia robi się już miękka i nieprzyjemna. Sam aluminiowy pojemnik po opróżnieniu nadaje się natomiast do zagotowania wody na herbatę. Albo mleka, które jest dostarczane w półlitrowych kartonikach – dla każdego jeden na dzień. Dwa kartoniki to standardowa cena za jednego papierosa w lokalnym handlu wymiennym. Czasami udaje się też wyhandlować paczkę papierosów od strażników, wymienić za karty telefoniczne, które imigranci dostają, aby mogli zadzwonić do swoich bliskich. Palestyńczyków odwiedzają raz na jakiś czas ludzie z ambasady, którzy też ich zaopatrują. Bez papierosów jest ciężko, nawet najspokojniejszy człowiek robi się nerwowy, a o bójkę nietrudno, kiedy widzisz wokół mnóstwo innych, równie napiętych twarzy.
Normalny świat jest blisko. Przez okna dostrzec można niskie zabudowania najbliższego miasta. Niebo regularnie przecinają startujące lub lądujące Boeingi i Airbusy – pas startowy maltańskiego lotniska znajduje się tylko kilkaset metrów stąd. Kawałek dalej w górę wystrzelają kolorowe dźwigi portowe – to miejsce, jak na ironię, nazywa się Free Port. Wolny port o rzut kamieniem od miejsca, gdzie wolności na długi czas się pozbawia. Na ile dokładnie? Zazwyczaj od złożenia wniosku o azyl, co dzieje się zaraz po przybyciu na Maltę, do uzyskania ochrony humanitarnej upływa kilka miesięcy, które trzeba przetrwać w obozie dla imigrantów. Jedynie niepełnoletni, matki z dziećmi i osoby szczególnie narażone (np. ciężko chore) mogą czekać na decyzję na wolności. Sprawy komplikują się jednak, gdy decyzja w sprawie azylu jest negatywna, a tak dzieje się często, gdy ktoś nie jest w stanie przekonać urzędników, że opuścił swój dom w obawie przed zagrożeniem życia, zdrowia lub wolności, a nie tylko w poszukiwaniu pracy i lepszego życia na Zachodzie. W takim wypadku imigrant kwalifikowany jest do deportacji, na którą w obozie oczekuje do 12 miesięcy od daty swojego przybycia. Jest jeszcze druga szansa – apelacja, ale wejście na tę drogę oznacza, że w przypadku kolejnej negatywnej decyzji – a taka zapada w zdecydowanej większości przypadków – okres pobytu w zamknięciu wydłuża się nawet do 18 miesięcy. Oczywiście, możliwe jest, że deportację uda się zorganizować wcześniej. Bywa jednak i tak, że ktoś, kto spędził już przewidziane prawem maksimum 1,5 roku w obozie, wychodzi na wolność i dopiero po kilku latach, gdy już zdąży ułożyć sobie nowe życie na wyspie, jest odsyłany do kraju, z którego uciekł.

Ciastko
Różne są sposoby radzenia sobie z tą sytuacją. Daniel najwyraźniej postawił na przystosowanie. Niewysoki, wiecznie uśmiechnięty Nigeryjczyk z pewnością wie, że nie czeka go już nic innego prócz przymusowego powrotu do Afryki, ale mimo to nie pozwala samemu sobie popaść w marazm i ograniczyć swojego życia do codziennej rutyny spania, jedzenia i kopania piłki na betonowym placyku. Pomaga pracownikom Detention Service w sprzątaniu, rozdziela paczki z posiłkami, a kiedy do Warehouse 1 przychodzi ktoś z zewnątrz, Daniel zawsze zadba o zorganizowanie od strażników kawy w jednorazowych kubeczkach i małych, suchych ciasteczek, jakie dodawane są tu do posiłków. Inni wybierają opór, niezgodę na zastany porządek, pretensje wobec tych, którzy usiłują im pomóc, ale nie mają mocy przyspieszenia pracy maltańskich urzędów. Wymagają, żądają, domagają się. A gdy słowa nie przynoszą efektów, sięgają po skuteczniejsze metody.
Normalny, zdrowy człowiek natychmiast zareaguje na muchę chodzącą mu po skórze. Trzy pary drobnych, włochatych nóżek, choć nieszkodliwe, wywołują dreszcz i ochotę jak najszybszego strzepnięcia owada z ciała. Tylko na filmach widać czasem, jak umierających już ludzi obłażą roje much. Wchodzą do uszu, do nosa, siadają na powiekach, a człowiek nie reaguje. Nie ma już sił walczyć o życie, a co dopiero myśleć chodzących po nim insektach… Muchy siadały też na Erytrejczykach z łodzi T. Widziałem, chodziły im po twarzy, a oni zupełnie nie reagowali. Jak na filmie. Leżeli na pryczach owinięci w białe prześcieradła niczym w całuny pogrzebowe, jakby już byli gotowi na śmierć. Zmęczone, wyblakłe oczy nie zwracały uwagi na kroki, głosy. Byli w czwartym dniu protestu głodowego. Domagali się przyspieszenia biegu swoich spraw, bo słyszeli, że inną grupę potraktowano szczególnie, przesłuchano poza kolejnością. Co jakiś czas kolejny z nich dochodził do takiego stanu, że wymagał natychmiastowej hospitalizacji, ale w okolicznych szpitalach wyczerpywały się już możliwości pomagania im. Strażnicy postanowili ich zmusić do posłuszeństwa i zagrozili, że kto nie zacznie przyjmować posiłków, ten zostanie odesłany do Erytrei. Dostali 45 minut na zastanowienie. Wiedzieli, że każdego, kto uciekł od reżimu Isajasa Afewerki, niepodzielnie rządzącego Erytreą od ponad 20 lat, czeka śmierć lub długoletnie więzienie za zdradę ojczyzny. Nie wiedzieli, że słowa strażników to oczywisty blef. Byli przerażeni i wycieńczeni, ale zdecydowani protestować do skutku. Stałem przed nimi, gdy w kieszeni wyczułem rozpakowane małe, suche ciastko od Daniela. Jedyne co widziałem, to że nie mogę go teraz zjeść.

Wigilia
Msza święta miała się za chwilę rozpocząć. Przy obdrapanych metalowych stołach siedziało dwadzieścia kilka osób i czekało w milczeniu. Hałas dokoła jednak nie ustępował. Dopiero niedawno wyłączono telewizor, niechętnie, przerywając program w połowie. Trzaskały drzwi, ktoś głośno smarkał do zlewu, inny gotował coś na elektrycznej kuchence. Wszystko w tym samym pomieszczeniu, w którym ustawiony był mały stół przykryty białym obrusem służący za prowizoryczny ołtarz. Ksiądz mówił cicho. Uroczyste słowa liturgii z trudem przebijały się przez wszechobecny gwar, teraz może nieco tylko uspokojony. Mimo to na twarzach tej garstki osób panowało skupienie, dla większości była to pierwsza od miesięcy okazja do udziału w Eucharystii. Chwila ciszy. Modlitwa w skupieniu. Allahu akbar… Co do minuty, przeszywa powietrze, według rozpiski na dziś. Muezzin z zegarkiem w ręku. W połowie mszy. Credo: Wierzę w Boga Ojca Wszechmogącego… i w Jezusa Chrystusa… La ilaha illa Allah… Nie ma boga prócz Allaha… W półmroku mieszają się słowa dobiegające z dwóch różnych pomieszczeń. Wezwani na modły muzułmanie zbierają się w długim korytarzu obok nas, zamiast dywaników rozkładają na betonowej posadzce potargane kartony i słomiane maty. Jest ich kilkakrotnie więcej, ponad setka gardeł. Wszyscy razem powtarzają słowa popołudniowej modlitwy, wtórując już do samego końca skromnej wigilijnej liturgii dla grupki chrześcijan różnych wyznań i narodowości zgromadzonych w baraku Warehouse 1. Obraza? Przecież świętujemy tę noc sprzed 2000 lat, podczas której Jezus narodził się w podobnie trudnych warunkach. Nie w schludnej drewnianej szopce z kolorowymi figurkami, a w ciasnym, ciemnym pomieszczeniu pełnym ryczącego bydła, zadeptanego kopytami siana i łajna. Hałasu i smrodu. W miejscu, do którego nikt nie chciał trafić, bo bardziej nadawało się dla zwierząt niż dla ludzi. Czy może być zatem lepsze miejsce na świętowania Bożego Narodzenia niż to, w którym jesteśmy?

Autor spędził 3 miesiące, pracując na Malcie z imigrantami z Afryki i Azji w organizacji Jesuit Refugee Service.

fot. Grzegorz Małyga