Refleksje po Open’er Festival

Refleksje po Open’er Festival

- kategorie: Blog, Kultura
[feedburner name=”name”]Tym razem już bez browaru w nazwie odbył się jeden z najważniejszych letnich festiwali w naszym kraju, a może nawet w tej części Europy. Czy było lepiej, czy gorzej niż w poprzednich latach – tego nie wiem, byłem pierwszy raz. I jedno jest dla mnie pewne – 550 zł za karnet, to punkt krytyczny i być może początek końca Open’er Festival w tej formule.

Nie zamierzam jednak walić obuchem w Alter Art i Mikołaja Ziółkowskiego, nie wyzwę szefa i jego firmy od krwiożerczych kapitalistów, dla których liczy się tylko kasa. Przede wszystkim wycofanie się wspomnianej na początku marki piwa, to strata 10-20 mln zł (dane: pod tym linkiem), poza tym państwo polskie, które tak wspiera kulturę, że na dzień dobry dowala do biletu na festiwal 8% VAT (to przy cenie karnetu 550zł wynosi 44zł – czyli mniej więcej cena dojazdu do Gdyni). Poza tym stawki dla artystów. Te w naszym kraju są rozdęte do granic możliwości i nieraz absurdalnie wysokie, a jak wskazują niektóre źródła, nawet większe niż na zachodzie. Skąd się to wzięło? Jakieś 10 lat temu wstąpiliśmy do UE i od tego momentu samorządy terytorialne miały dostęp do łatwej gotówki. Tak więc lokalnym politykierom przyszło do głowy, że warto by zorganizować koncert jakiejś zagranicznej gwiazdy, aby nabić sobie parę punktów u potencjalnego elektoratu. Bardzo często w jednym czasie, ale w kilku odrębnych miastach chciano zorganizować występ tego samego artysty i tak w telegraficznym skrócie doszło do popsucia rynku koncertowego poprzez licytacje pomiędzy różnymi podmiotami, mającymi ambicje tworzenia spektakularnych widowisk. Menadżerowie gwiazd, to nie są frajerzy i wiedzą jak negocjować, wykorzystali krótkowzroczność polskich mecenasów kultury i teraz chętnie w naszym kraju grają, ale nie dlatego, że mamy doskonałą publikę, jak nam wmawiają, aby leczyć nasze kompleksy, tylko dlatego, iż płacimy więcej za to samo.

Koniec końców Alter Art, to nie jest instytucja charytatywna, to prywatna firma, która musi wypracować swój zysk. Usiedli, policzyli i wyszło im, że to musi być 550zł, aby im się zamortyzowały koszty – koniec kropka. Tylko pytanie, czy się jednak nie przeliczyli patrząc po słabej frekwencji, rzucającej się w oczy każdego dnia festiwalu. Kiedyś Łukasz Napora powiedział mi w wywiadzie, że woli zarobić mniej na organizacji Audioriver, niż stracić frekwencję, bo wówczas może być katastrofa i wtedy zamiast zarobić mniej, nie zarobi nic.

Stanowczo jednak protestuję przeciwko słowom Mikołaja Ziółkowskiego, że w sumie takie są ceny festiwali w Europie, że nie mamy co narzekać, że cena za karnet to jakaś symboliczna kwota, bo podobne rangą wydarzenia na zachodzie to koszt sięgający nawet 1000zł. Być może ciemny lud to kupi, ale porównywanie stawek na liczbach bezwzględnych, bez uwzględnienia siły nabywczej portfela w danym kraju, jest po prostu pozbawione sensu. Płaca Minimalna w naszym kraju w roku 2014 (dane GUS): 1680zł, bilet na Open’er to wspomniane 550 zł, czyli mniej więcej 1/3 miesięcznej pensji. Karnet na Glastonbury to 215 funtów, minimalne wynagrodzenie w UK – 967,79 funtów (dane: Europejski Urząd Statystyczny), czyli około 1/5 miesięcznej pensji. Zresztą mam wrażenie, że takie wyrabianie poczucia winy w polskich konsumentach kultury to niestety stały trend, widoczny chociażby po obecności w festiwalowym hangarze NGO przedstawicieli kampanii Legalna Kultura.

Bardzo mi przykro, że wielu zasłużonych ludzi dla polskiej kultury bierze udział w tej akcji i ją promuje. Artyści, animatorzy są po złej stronie, trzymają sztamę z Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego i z pewnymi grupami nacisku, żerującymi na publicznych pieniądzach. Warto znów wspomnieć tutaj o podatku VAT, który w przypadku książek wzrósł z 0% do 23% i słyszeliśmy przy tym bezczelne zapowiedzi ministerstwa, że to przyczyni się do wzrostu czytelnictwa w Polsce. Jeśli dla Anglika 50GBP to jak dla Kowalskiego 50zł (siła nabywcza portfela, o której wspominałem), to on wychodzi w UK ze sklepu płytowego z pięcioma nośnikami, Polak maksymalnie z dwoma jeśli zakupił je w serii zagraniczna płyta bez wkładki, a jeśli chce sobie poczytać teksty i pooglądać zdjęcia, to wyjdzie z jedną płytą. Tymczasem bezczelna akcja Legalna Kultura ma wyrabiać w nas poczucie winy, że cebulaczymy i wolimy ściągać piraty z neta, zamiast głodować i wydawać ogromne pieniądze na legalne źródła, kosztujące ciągle jak na nasz poziom życia zbyt dużo. To jednak trochę inny temat, do którego wrócimy na łamach drukowanego Uniwersal.info, już teraz zapraszam, wracamy po wakacjach!

Jeszcze parę słów o muzyce. Ta mnie nie powaliła, nie zachwyciła poza Jagwar Ma, Jamie XX i Julio Bashmore. Poza tym na plus Foals, kojarzyli mi się oni z gitarową alternatywą obdarzoną popowym sznytem, na scenie w Gdyni pokazali jednak, że nieobce im przesterowane gitary i dali mocnego rock’n’roll’owego kopniaka publice. Nieźle również dinozaury z Faith No More, nie silili się na jakiś hipsterski set, dużo repertuaru z legendarnej „Angel Dust” i to się ceni. Bardzo pozytywnie odbieram również koncert Banks, świetny kontakt z publiką i to co zawsze lubiłem – szczere emocje. Reszta jest milczeniem.