Pages Menu
TwitterRssFacebook
Categories Menu

data dodania:11.12.2014 , dział: | strona główna polityka | 0 komentarzy

gaza

Przyszłość Strefy Gazy

dr Marcin Szydzisz

 Strefa Gazy to palestyńska enklawa ulokowana pomiędzy Morzem Śródziemnym, Izraelem, a Egiptem. Jest to jeden z najbardziej zaludnionych skrawków świata, ale nie dlatego światowe media koncentrują na nim swoją uwagę. Dzieje się tak na ogół na skutek dramatycznych wydarzeń, które mają tam miejsce.

 W wakacje znów byliśmy świadkami kolejnego aktu tego dramatu. Od połowy lipca miała miejsce intensyfikacja konfliktu pomiędzy rządzącym w Gazie radykalnym Hamasem a izraelską armią. Warto wspomnieć, w jakich okolicznościach doszło do przejęcia władzy w Strefie Gazy przez aktywistów Hamasu. W 2006 r. w jedynych demokratycznych wyborach parlamentarnych, jakie miały miejsce na obszarach palestyńskich, wygrała ta właśnie frakcja. Prezydent Palestyńskiej Władzy Narodowej (powszechnie nazywanej Autonomią Palestyńską) Mahmud Abbas i popierająca go partia Fatah nie chcieli zaakceptować rządów radykalnych islamistów. W 2007 r. doszło do wojny, w wyniku której obszar rządzony przez Palestyńczyków został podzielony. Na Zachodnim Brzegu władzę przejął Fatah, zaś Strefa Gazy trafiła w całości pod kontrolę Hamasu.

Sytuacja dwuwładzy w Palestynie utrzymywała się przez długi czas. Dochodziło co prawda do porozumień między tymi dwoma frakcjami, jednak nie były one realizowane. Dopiero w sierpniu 2014 r. powołano wspólny rząd, nie oznacza to jednak, że możemy mówić o całkowitej jedności w Palestynie.

O tym, że poszczególne części palestyńskiej ziemi są traktowane różnie, najlepiej świadczy fakt izraelskiej akcji.

 Oburzenie Płynnym Ołowiem

 Izrael już wcześniej prowadził działania na terenie Strefy Gazy, a najgłośniejszym echem odbiła się operacja Płynny Ołów z 2009 r. Spotkała się ona z potępieniem dużej części społeczności międzynarodowej, a w Radzie Praw Człowieka ONZ przygotowano bardzo krytyczny wobec Izraela Raport Goldstone’a. Izrael usprawiedliwiał się jednak, twierdząc, że jego postępowanie jest odpowiedzią na ostrzał rakietowy prowadzony z obszaru Strefy Gazy. Nie inaczej było podczas ostatniego konfliktu. Ponownie obowiązek obrony swoich obywateli, dążenie do zachowania integralności terytorialnej państwa i konieczność zniszczenia infrastruktury terrorystycznej były dla Izraela usprawiedliwieniem akcji militarnych. Jest jednak jedna poważna różnica między tymi, zdawałoby się bardzo podobnymi, operacjami. Płynny Ołów spotkał się ze zdecydowaną reakcją świata. Powszechnie wyrażano oburzenie wobec działań Izraela, a wymiernym dowodem braku akceptacji ze strony społeczności międzynarodowej był wspomniany wcześniej raport Rady Praw Człowieka ONZ. W ostatnim konflikcie natomiast, mimo że pochłonął on większą liczbę ofiar, reakcja opinii publicznej zdaje się być bardziej stonowana. Wprawdzie Rada Bezpieczeństwa ONZ apelowała o przerwanie działań zbrojnych, a Parlament Europejski przygotował rezolucję potępiającą działania wojenne (nie została ona ostatecznie przyjęta), ale kroków tych z całą pewnością nie można nazwać intensywnymi.

Rodzi się pytanie, dlaczego tak się stało? Okazuje się, że w ciągu tych czterech lat spadła wrażliwość społeczności międzynarodowej w zakresie łamania prawa międzynarodowego. Działania separatystów na Ukrainie czy skomplikowana sytuacja wewnętrzna w Syrii odciągały uwagę od wydarzeń w Strefie Gazy oraz spowodowały zmęczenie opinii publicznej tego rodzaju informacjami. Świat w jakimś sensie przyzwyczaił się do doniesień o łamaniu prawa humanitarnego, cywilnych ofiarach wojny, uchodźcach nie mających dachu nad głową. Takie wiadomości stały się codziennym elementem serwisów prasowych i na wielu ludziach przestały robić jakiekolwiek wrażenie.

 Na Bliskim Wschodzie bez zmian

 Obecne wydarzenia w Gazie skłaniają do jeszcze jednej refleksji. Naturalne wydaje się pytanie, co zmieniły one w zawiłej sytuacji na Bliskim Wschodzie. W moim przekonaniu niewiele. Z całą pewnością spadła liczba zwolenników pokojowego zażegnania sporu. Radykalny Hamas dla części palestyńskiej opinii publicznej stał się znów jedynym obrońcą narodowych interesów. Ludzie, którzy stracili bliskich, z całą pewnością zasilą grupę nieprzejednanych i zadeklarowanych wrogów Izraela. W samym Izraelu znów umocni się przekonanie, że z Palestyńczykami nie można rozmawiać inaczej, jak tylko przy użyciu armat. Co charakterystyczne, wszystkie niedawne badania opinii publicznej pokazywały, że zdecydowana większość Izraelczyków (zwykle ponad 80%) popierała działania swoich władz.

Najbardziej jednak smutne w tym wszystkim jest to, że tak naprawdę te wydarzenia nic nie zmieniły w bliskowschodnim układzie sił. Izrael zadał wprawdzie znaczne straty Hamasowi, ale, jak pokazuje historia, organizacja ta wkrótce się odbuduje. Nie można mówić o zniszczeniu infrastruktury terrorystycznej, nielegalne tunele prawdopodobnie nadal będą powstawać (a służą one także zaopatrzeniu ludności w podstawowe i konieczne dobra w tym odciętym od świata obszarze). Nie wydaje mi się, by przyniosły efekt rozmowy, które obie strony obiecały kontynuować po zawieszeniu broni. Najpoważniejsze kwestie miały być dyskutowane dopiero po miesiącu od wejścia w życie rozejmu. Izrael żądał rozbrojenia Hamasu, a strona palestyńska rezygnacji z blokady, uwolnienia jeńców oraz zgody na budowę portu w Gazie.

Olivier Miles, dziennikarz The Guardian, słusznie pisał jeszcze przed podpisaniem rozejmu: „Perspektywą jest wstrzymanie ognia, po którym nastąpi okres rocznej lub dwuletniej mniejszej intensywności konfliktu, później będzie następna wojna, a później…”

Wydaje się, że Strefa Gazy pozostanie odciętą od świata palestyńską enklawą rządzoną przez radykalny Hamas. Za jakiś czas Hamas znów zintensyfikuje ataki na Izrael. To zaś skłoni rząd w Tel Awiwie do poważniejszych akcji przeciwko bojownikom tej organizacji. Znów świat będzie dość obojętnie przyglądał się wydarzeniom, których efektem będzie śmierć większej lub mniejszej liczby niewinnych ludzi po obu stronach sporu.

To neverending story może przerwać jedynie trwały i ostateczny pokój, ale czy stronom starczy woli, sił i nadziei, by go kiedykolwiek zawrzeć?

dr Marcin Szydzisz *Instytut Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego

www.990px.pl
stat4u