Gazeta na koniec świata

Gazeta na koniec świata

Grzegorz Małyga *Instytut Studiów Międzynarodowych UWr

- kategorie: Blog, Polityka, Społeczeństwo

Licząca nieco ponad 3 tysiące mieszkańców miejscowość Dabiq to niczym nie wyróżniająca się osada w północnej Syrii, niemal przy samej granicy tureckiej. W historii znana jest jako pole decydującej bitwy Osmanów z egipskimi mamelukami z 1516 r., która zakończyła się sromotną klęską tych drugich i utratą przez nich wpływów w regionie,a jednocześnie przyczyniła się do umocnienia ostatniego w historii powszechnie uznawanego kalifatu. W sierpniu 2014 r. Dabiq został zajęty przez siły Państwa Islamskiego. Propagandyści tej muzułmańskiej organizacji terrorystycznej już wcześniej zadbali jednak, by nazwa tego niewielkiego miasta utkwiła w głowach tak wyznawców Allaha, jak i „niewiernych”, odwołując się do islamskiej tradycji i eschatologii. Na początku czerwca 2014 r., gdy w regionie wciąż jeszcze dominowały siły Baszara al-Asada, ukazało się pierwsze wydanie anglojęzycznego magazynu propagandowego Państwa Islamskiego zatytułowanego „Dabiq”.
Nazwa periodyku nie została oczywiście wybrana przypadkowo. Wiąże się ona z bitwą, która jest o wiele istotniejsza od potyczki z czasów osmańskich, mimo że do tego najważniejszego starcia do tej pory jeszcze nie doszło – ma się odbyć dopiero „na końcu czasów”. Sunna, drugie po Koranie najważniejsze źródło wiary w islamie, przekazując słowa Mahometa, mówi: „Ostatnia Godzina nie nadejdzie, dopóki Rzymianie nie przybędą do Al-A’maq lub do Dabiq. Armia składająca się z najlepszych ludzi na ziemi nadejdziew tym czasie z Medyny, aby przeciwstawić się im”. W dalszej części tego hadisu opisany jest przebieg tej decydującej bitwy, w której armia muzułmańska podzieli się na trzy części: tych, którzy zbiegną z pola walki i ściągną na siebie gniew Allaha, tych, którzy zginą w boju jako męczennicy oraz tych, którzy pokonają Rzymian i zdobędą Konstantynopol. Ktoś powie, że miasto nad Bosforem jest już od dawna w rekach muzułmanów i nosi dziś nazwę Stambuł, zaś mieszkańcy Rzymu wcale nie palą się do masowych wyjazdów do północnej Syrii, jednak powyższe słowa należy, rzecz jasna, rozumieć alegorycznie. Opis podobny do tego, jaki zawarty jest w sunnie, można znaleźć w dziele o kilka wieków wcześniejszym. Apokalipsa św. Jana kreśli obraz finalnej bitwy dobra i zła w miejscu zwanym Har-Magedon (Armagedon), gdzie aniołowie pod wodzą Chrystusa pokonają hordy szatana. Islam widzi tę sprawę nieco inaczej. Rozbici w walce Rzymianie symbolizują chrześcijan (lub też szerzej: wszystkich „niewiernych”),a zdobycie Konstantynopola oznacza ostateczne unicestwienie chrześcijaństwa (i całego świata Zachodu
z jego wartościami). Nazwa „Dabiq” niesie zatem ze sobą spory ładunek znaczeniowy i jest niczym wyzwanie rzucone Zachodowi przez Państwo Islamskie (PI). Otwarcie jest to zresztą wyrażone już na początkowych stronach pierwszego wydania magazynu.

Profesjonalni radykałowie
Od czerwca 2014 r. do lutego 2016 r. ukazało się 13 numerów „Dabiq”. Pismo nie jest drukowane
w dużych ilościach – doniesienia z Syrii mówią o kolportażu jedynie na potrzeby miejscowej ludności na terenach pod kontrolą PI. Znaleźć je można jednak w formie cyfrowej w internecie, gdzie najpierw jest umieszczane w najciemniejszych zakamarkach sieci niedostępnych dla zwykłych przeglądarek (tzw. deep web lub darknet), a następnie kopiowane i rozpowszechniane przy użyciu mediów społecznościowych
i innych platform komunikacyjnych. „Dabiq” ukazuje się w kilku językach, jednak jego podstawowa wersja jest wydawana po angielsku. Już pobieżna lektura artykułów pokazuje, że tworzył (bądź redagował) je kompetentny językowo autor, prawdopodobnie posługujący się angielszczyzną na co dzień, a całość od strony graficznej i edytorskiej prezentuje się bez zarzutu. Pozwala to wysnuć wniosek, że „Dabiq” kierowany jest do czytelników w krajach Zachodu, mających wobec prasy wysokie oczekiwania co do formy, jak i treści. Podobne odczucia można mieć także po zapoznaniu się z innymi materiałami propagandowymi Państwa Islamskiego – grafikami czy filmami. To już nie te czasy, gdy dżihadyści nagrywali swoje przesłanie „z ręki”, kamerą dającą słabej jakości obraz i dźwięk, tworząc monotonne
i schematyczne filmy. Dziś muzułmańscy terroryści przygotowują produkcje nagrywane z kilku ujęć,
z bogatą warstwą muzyczną i efektami specjalnymi, z dopracowaną czołówką i przejściami między scenami oraz z napisami w wielu językach. Coraz dalej posuwają się także w kwestii wyrafinowania metody uśmiercania ofiar przed obiektywem kamery (m.in. podpalenie, zrzucanie z dachu, detonacja ładunku wybuchowego oplecionego wokół szyi, zamknięcie w pojeździe i wystrzelenie weń rakiety, topienie w klatce ze scenami kręconymi pod wodą) oraz wieku katów – do wykonania egzekucji wykorzystywane są coraz młodsze dzieci, nastolatkowie, a ostatnio nawet czterolatek (czy można użyć jeszcze młodszego dziecka?). Nie ma wątpliwości, radykalizacja idzie tutaj w parze z profesjonalizacją.
Zaproszenie do kalifatu
„Dabiq” ukazuje się w nieregularnych odstępach czasowych – na nowy numer do tej pory trzeba było czekać od kilku tygodni do nawet trzech miesięcy. Pismo liczy przeciętnie 50-70 stron, które wypełniają artykuły, liczne kolorowe grafiki i zdjęcia (często bardzo drastyczne, przedstawiające ofiary spośród szeregów PI oraz zabitych wrogów). Al-Hayat Media Center, medialna przybudówka PI czy też rodzaj ministerstwa informacji i propagandy, w następujący sposób określa cele pisma, używając terminologii islamskiej: dżihad (zmaganie, walka, święta wojna), hidżra (migracja, ucieczka, wywędrowanie), tawhid (monoteizm, jedność), dżama’at (społeczność) oraz manhadż (poszukiwanie prawdy). Odwoływanie się do podobnych pojęć jest charakterystyczne dla całego sposobu komunikacji Państwa Islamskiego i dla samego „Dabiq”. Magazyn publikuje zróżnicowane treści, jednak zawsze towarzyszy im religijne uzasadnienie bądź wytłumaczenie w postaci np. cytatów z Koranu lub opinii islamskiego autorytetu. Sporo miejsca poświęcone jest doniesieniom z terenów opanowanych przez PI, wyidealizowanym opisom życia codziennego w ramach nowego ogłoszonego kalifatu. Na zasadzie kontrastu porównywana jest dawna niepewna sytuacja – chaos syryjskiej wojny domowej i postsadamowskiego Iraku – ze stabilnością pod rządami dżihadystów. Wizja odbudowywanej infrastruktury czy sprawnie działającej opieki społecznej ma niewątpliwie stanowić zachętę do dołączenia w szeregi Państwa Islamskiego w jego mateczniku. Takie wezwanie do hidżry jest zresztą wprost wyrażone już w pierwszym wydaniu magazynu. Co ciekawe, apel o przybywanie na tereny opanowane przez PI nie jest jednak kierowany głownie do potencjalnych bojowników. W szczególności zachęcani są do tego bowiem „wszyscy muzułmańscy lekarze, inżynierowie, naukowcy i specjaliści”. Pokazuje to strategiczne myślenie islamistów, obliczone na budowę sprawnie funkcjonującego państwa. Takie założenia rzeczywiście mogły wydawać się realne w momencie publikowania wspomnianego apelu, kiedy PI w tryumfalnym marszu przez Lewant zyskiwało nowe terytoria. Obecnie natomiast organizacja ta jest od dłuższego czasu
w odwrocie i buńczuczne twierdzenia o odrodzeniu kalifatu stają się przekazem jedynie czysto propagandowym.

 

Spokój szahida
Kwestie militarne zajmują jednak w „Dabiq” ważne miejsce. Do bojowników, tych obecnych i tych teoretycznie podatnych na rekrutację, są skierowane inne teksty. Podnoszeniu morale walczących służą raporty wojskowe z podziałem na wilajety (jednostki administracyjne), które prezentują, rzecz jasna, wyłącznie sukcesy dżihadystów, przedstawiając je jako nieunikniony wynik boskiego przyzwolenia.
W budowaniu przekonania o potędze PI pomagają też fotografie z pola walki i doniesienia o mniejszych lokalnych ugrupowaniach czy plemionach, które zdecydowały się złożyć przysięgę wierności samozwańczemu kalifowi Abu Bakrowi al-Baghdadiemu. Jest to o tyle ważne, że przyczynia się do tworzenia wrażenia prawomocności kalifatu – mającemu z definicji jednoczyć wszystkich muzułmanów – o co Państwo Islamskie bardzo zabiega. W wielu wydaniach magazynu są także prezentowane obszerne sylwetki męczenników poległych w walce bądź w trakcie samobójczych zamachów. Niemal hagiograficzne opisy, często ze zdjęciami twarzy zmarłych – pokiereszowanych i zakrwawionych, lecz na swój sposób dostojnych i spokojnych – mają za zadanie pozyskać następnych szahidów. Docelowa grupa odbiorców takich artykułów jest jednak szersza. Do ludzi Zachodu mówią bowiem one mocno i wyraźnie: „idziemy po was i nie boimy się śmierci dla Allaha”.

Przestraszyć wroga
Tworząc dopracowany w każdym względzie anglojęzyczny magazyn propagandowy i dystrybuując go
w internecie, departament medialny Państwa Islamskiego zdawał sobie oczywiście sprawę, że jego przekaz dotrze nie tylko do zwolenników organizacji. Nieodłącznym elementem terroryzmu jest budzenie strachu
i właśnie to chcą osiągać dżihadyści m.in. poprzez „Dabiq”. Zapowiedzi krwawych ataków, fotografie zmasakrowanych zakładników i nieustraszonych zamachowców czy groźby wobec zachodnich polityków nie przekonają przeciętnego Europejczyka ani Amerykanina do zasilenia szeregów PI. Mogą jednak zbudować przekonanie o potędze nieuchwytnego wroga, który jest w stanie zaatakować w każdym momencie i w każdym miejscu na ziemi. Mogą wywołać wśród kuffar (niewiernych) strach. Na okładce czwartego wydania „Dabiq” flaga Państwa Islamskiego powiewa nad Watykanem, a temat numeru brzmi „Nieudana krucjata”. Informację
o groźbach muzułmańskich terrorystów opublikowała KAI (Katolicka Agencja Informacyjna), a za nią przedrukowały liczne polskie media, cytując fragment artykułu: „Zdobędziemy was w Rzymie, połamiemy wasze krzyże i – jeśli pozwoli Allah, Najwyższy – zniewolimy wasze kobiety”. Dwunasty numer gloryfikuje sprawców zamachów w Paryżu z listopada 2015 r., na okładce wybijając tytuł „Just Terror” i zapowiadając kolejne akty terroryzmu. Najnowsze, trzynaste wydanie pisma na pierwszych stronach przywołuje postacie zamachowców z amerykańskiego San Berardino i przypomina o wezwaniu samozwańczego kalifatu, by „muzułmanie uderzali w krzyżowców w ich własnych państwach”. Czy naprawdę jest się czego bać? Zdjęcie czarnego sztandaru na Placu Świętego Piotra pozostanie jedynie fotomontażem od mistrzów Photoshopa z Al-Hayat Media Center, lecz kolejnych zamachów terrorystycznych na Zachodzie z pewnością nie da się uniknąć. Choć wciąż silne, to jednak Państwo Islamskie na terenach Syrii i Iraku jest w defensywie. W Europie za to nie brakuje młodych muzułmanów podatnych na radykalizację, a w szeregach bliskowschodnich migrantów terroryści przedostają się na Stary Kontynent. To ostatnie stwierdzenie, które od dawna wybrzmiewało w wypowiedziach dżihadystów z PI, a dezawuowane było przez licznych zachodnich polityków, w lutym br. znalazło potwierdzenie w słowach Hansa-Georga Maassena, szefa Bundesamt für Verfassungsschutz (agencji niemieckiego kontrwywiadu). Trzeba jednak pamiętać, że media takie jak „Dabiq” są przede wszystkim narzędziem propagandy, a PI opanowało tę sztukę do perfekcji. Rozsądny czytelnik nie powinien dać się zwieść manipulacji w postaci islamistycznej narracji sukcesu, zaś odpowiednie służby muszą wypracować model pozwalający podjąć skuteczne działania w ramach wojny informacyjnej. Czas ostatecznej bitwy pod Dabiq jeszcze nie nadszedł, ale walki, która toczy się już teraz, nie można lekceważyć.

warto zajrzeć tutaj: nawigiliewgory.pl

www.understandingwar.org