Strach ma wielkie oczy

Strach ma wielkie oczy

Piotr Nowak

- kategorie: Polityka

Kolejne wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych przeszły do historii, a zwycięsko wyszedł z nich miliarder Donald Trump. Jego tryumf był przyczyną wielu kontrowersji, jednak najbardziej interesująca wydaje się przede wszystkim reakcja większości mediów i polityków na poranek, który nastał po wyborczym wtorku. Czy można mówić o zaskoczeniu zwycięstwem Trumpa, w momencie gdy był to kandydat mający ostatecznie 46% poparcia? Kandydat, który w ostatnich sondażach wygrywał bądź przegrywał z Hillary Clinton różnicą na poziomie błędu statystycznego? Zaskoczeniem byłoby zwycięstwo jednego z pretendentów stosunkiem głosów 70:30 lub wygrana niezależnego gracza, ale na pewno nie jest nim sukces kogoś, kto od miesięcy był na szczycie sondaży.

Jeśli ktoś analizował przebieg kampanii wyborczej w USA, a potem był zaskoczony wynikiem wyborów to świadczy to albo o jego niewiedzy, albo o nieuzasadnionej niczym wierze w siły wyższe w polityce. Wybory w USA pokazały, że większości demokracja pasuje tak długo, jak długo ich kandydat wygrywa. W momencie gdy vox populi zadecydował inaczej, dochodzi do przedstawiania tak kuriozalnych idei, jak ta o buntowaniu się elektorów w poszczególnych stanach.

Donald Trump jest obecnie prezydentem elektem i 20 stycznia 2017 r. obejmie urząd jako 45. prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki. Należy zatem zrezygnować z dyskusji nad „szokiem powyborczym”, a skupić się na kwestiach realnych, związanych ze sprawowaniem rządów przez głowę państwa, której podczas zwycięskiego przemówienia towarzyszył motyw muzyczny z filmu „Air Force One” (być może nie bez znaczenia jest fakt, że w 2004 r. w magazynie „Maxim” to właśnie Harrison Ford wygrał plebiscyt na najlepszego potencjalnego prezydenta USA). Dla świata, w tym i dla Polski, najważniejszymi zagadnieniami nowej administracji amerykańskiej są polityka zagraniczna i obronna. W jaki sposób do tej pory rysowały się one w planach milionera z Nowego Jorku?

Sojusznicze zobowiązania

W pierwszej kolejności należy się zastanowić nad teoretyczną kontrowersyjnością planów przedstawianych przez Donalda Trumpa wobec Sojuszu Północnoatlantyckiego. W czasie swoich wieców wyborczych, już po wygranej w prawyborach, ale również po ogłoszeniu wyników oficjalnych wyborów Trump wielokrotnie wspominał o kwestii „opłacalności interwencji USA” oraz „kosztach obrony sojuszników w Europie”. Zarzucano mu przede wszystkim, że USA za jego prezydentury nie będą bezwarunkowo wspierać sojuszników w NATO. Podstawowa lektura Traktatu Waszyngtońskiego pokazuje jednak, że zapisy o takiej ochronie wcale nie istnieją, a jej kres przyszedł wraz z końcem zimnej wojny. Słynny artykuł 5. Traktatu nigdy nie zobowiązywał sojuszników do bezwarunkowej, natychmiastowej interwencji zbrojnej, a jedynie do „udzielenia pomocy, podejmując działania, jakie strona uzna za konieczne”. W poszukiwaniu koncepcji akcji zbrojnej jako automatycznej odpowiedzi na agresję przeciwnika należy skierować się raczej w stronę idei Unii Zachodnioeuropejskiej, która uległa w ostatnich latach wygaszeniu. Druga część stanowiska Trumpa przynosi stwierdzenie, że USA dotrzymają pełnych zobowiązań traktatowych jedynie wobec tych państw członkowskich NATO, które przeznaczają na obronność wymagane 2% swojego PKB. Dziś warunku tego nie spełniają 22 kraje Sojuszu i już od szczytu w Newport spotykało się to z krytyką USA czy Wielkiej Brytanii. Podnoszenie tej kwestii nie jest wcale novum związanym z prezydenturą Donalda Trumpa. Oczywiście, bezpośredniość i brak dyplomatycznego podejścia w poruszaniu tych kwestii mogą razić i budzić niepokój, jednak wydaje się, że w momencie objęcia administracji waszyngtońskiej przez nową ekipę ton tych wypowiedzi zostanie znacząco złagodzony. Ta sama informacja zostanie wówczas przekazana w innej, akceptowalnej już formie.

Fundamenty niezachwiane

Donald Trump wielokrotnie w wypowiedziach dotyczących NATO i zbyt dużego – jego zdaniem – zaangażowania USA w koszty utrzymania organizacji poruszał również problematykę Rosji i Ukrainy. Z jednej strony potwierdzał, że Ukraina jest ważnym partnerem USA w regionie, zaznaczając jednak, że tak samo ważna musi być również Federacja Rosyjska. Z pewnością trafiało w punkt stwierdzenie Trumpa z marca tego roku, gdy pytał: „Dlaczego Niemcy nie zajmują się w NATO Ukrainą? Dlaczego inne kraje tego nie robią? Dlaczego to my musimy zawsze być tym państwem, które idzie w kierunku potencjalnej trzeciej wojny światowej z Rosją?”. Retoryka ta trafia na podatny grunt w Stanach Zjednoczonych, gdzie nie od dziś panuje przekonanie, że jedynym „producentem bezpieczeństwa” w ramach NATO są Amerykanie, a wszystkie pozostałe kraje stanowią „roszczeniowych konsumentów”. Czy plany zmniejszenia finansowego wkładu USA w NATO faktycznie doprowadzą do utraty gwarancji bezpieczeństwa? Pamiętać należy, że w myśl Traktatu Waszyngtońskiego to strony paktu, a nie sama organizacja międzynarodowa, mają reagować na wypadek agresji. Na razie w zapowiedziach nowo wybranego prezydenta brak konkretów co do wspomnianego ograniczenia finansowego i tego, w jaki sposób miałoby być zrealizowane, trudno więc o ocenę jego bezpośredniej efektywności. NATO to przede wszystkim sojusz obronny z organizacyjną strukturą. Trump w swoich wypowiedziach nie kwestionuje zasadności zbiorowej obrony, więc fundament Sojuszu Północnoatlantyckiego wydaje się być niezachwiany i bezpieczny.

Nowy środek ciężkości

Polityka zagraniczna kreślona przez prezydenta elekta przede wszystkim pokazuje przeniesienie środka ciężkości zainteresowań supermocarstwa w rejon Bliskiego Wschodu. Ponownie należy zastanowić się, czy krok ten jest aż tak innowacyjny, że dotychczas nie był realizowany. Historia geopolityki i stosunków międzynarodowych po zimnej wojnie wyraźnie pokazuje, że teoretyczny heartland – serce kontynentu i główny punkt zainteresowań najważniejszych graczy światowej polityki – w rejonie Europy Wschodniej znalazł się jedynie na krótko w okresie 1990-2000. Był to czas jednoczenia się Niemiec, rozpadu ZSRR, ogłaszania niepodległości przez republiki sowieckie oraz pierwszego pozimnowojennego rozszerzenia NATO. Jeśli jakiś prezydent USA przenosił to centrum zainteresowania, to pierwszym z pewnością był George W. Bush. Afganistan, Irak i Syria to dowód na umiejscowienie heartlandu na Bliskim Wschodzie i plany Trumpa w tym zakresie z pewnością nie są rewolucją, a raczej kontynuacją wcześniejszej amerykańskiej polityki. Nawet zaangażowanie USA w Europie Wschodniej w związku z tarczą antyrakietową było pokłosiem określenia głównego punktu ciężkości w Iranie i Iraku. Nie ulega wątpliwości, że zyskuje na tym polityka zagraniczna Rosji, co widać na przykładzie Gruzji czy Ukrainy.

Samo objęcie stanowiska w Białym Domu przez Trumpa nie wyznacza jednocześnie ostatecznego kierunku jego polityki zagranicznej. Wiele bowiem zależy jeszcze od tego, jakich ludzi Trump zaprosi do współpracy w swojej administracji, kto zostanie sekretarzem stanu czy sekretarzem obrony.

Prezydentura Donalda Trumpa w USA to nie pierwszy i nie ostatni znak tzw. wiatru zmian. Polityka niczym nieskrępowanej poprawności politycznej, multikulturowości czy – jak określił ją w swojej książce „Geopolityka” Carlo Jean – strategii rzymskiej (polegającej na przyjmowaniu i asymilacji wszystkich cudzoziemców) miała już swoje 5 minut na światowych salonach i najwyraźniej jej czas dobiega końca

Według nieoficjalnych informacji na stanowisko tego pierwszego szykowani są Bob Corker, przewodniczący komisji spraw zagranicznych Senatu, bądź John Bolton, neokonserwatysta z czasów administracji Georga W. Busha. Wśród kandydatów pojawiło się swojego czasu jednak również nazwisko Newta Gingricha, który w jednym z wywiadów określił Estonię mianem „przedmieść Sankt Petersburga”. Większość polityków z otoczenia prezydenta elekta stanowią jednak zwolennicy twardego kursu wobec Rosji, więc wytykana Trumpowi podczas kampanii wyborczej sympatia do Władimira Putina może nie być już tak oczywista po ukształtowaniu się nowego gabinetu. warto zobaczyć stronę

Wiatr zmian

Prezydentura Donalda Trumpa w USA to nie pierwszy i nie ostatni znak tzw. wiatru zmian. Polityka niczym nieskrępowanej poprawności politycznej, multikulturowości czy – jak określił ją w swojej książce „Geopolityka” Carlo Jean – strategii rzymskiej (polegającej na przyjmowaniu i asymilacji wszystkich cudzoziemców) miała już swoje 5 minut na światowych salonach i najwyraźniej jej czas dobiega końca. Sondaże z Francji, Niemiec czy Holandii pokazują, że radykalna, miejscami populistyczna prawica brnie zdecydowanie po najważniejsze stanowiska w państwach europejskich. Wiele wskazuje na to, że poparcie dla dotychczasowego establishmentu, postaci znanych w polityce od dekad, uległo wyczerpaniu, co może oznaczać zarówno zmiany na lepsze, jak i na gorsze. Z jednej strony bowiem do władzy mogą dość niekompetentni populiści siejący zamęt, ale z drugiej jest to szansa dla nowych, młodych ludzi na budowanie polityki XXI wieku, ze świeżym spojrzeniem i pomysłem na świat.

fot. wikipedia.org