(Za)Murowana Palestyna

(Za)Murowana Palestyna

Grzegorz Małyga

- kategorie: Blog, Podróże, Społeczeństwo

Otoczona wysokimi płytami choinka od wielu lat rośnie na szarej powierzchni betonu. Pod ozdobionym bombkami drzewkiem czekają prezenty, a na szczycie błyszczy gwiazda – wszystko jest tu niby normalne, ale jednak tak tragiczne w swej wymowie. W tym miejscu, na obrzeżach Betlejem, zaledwie kilka kilometrów od miejsca Bożego Narodzenia, wyraźnie widać dramat, który jest udziałem ludzi po obu stronach muru. I może właśnie teraz, kiedy w wielu domach na całym świecie pojawiają się podobne choinki, najmocniej czuć beznadziejność tej sytuacji. Tak było sześć lat temu, tak jest i teraz. Niestety, nic nie zapowiada też, by w przyszłości miało być inaczej.

Każdy mur dzieli. Co więcej, wprowadzanie podziałów i odgrodzenie swoich od obcych jest jego głównym zadaniem. I raczej rzadko zdarza się też, aby ludzie po różnych stronach muru żyli ze sobą w zgodzie.

Miejscami jest niemal niewidoczny, wrasta w szarą tkankę miast, zespala się z nią, jakby był tam nie ciałem obcym, ale budowlą stojącą od dawna, co najmniej od momentu, w którym powstawały okoliczne domy. Na otwartych przestrzeniach świeci jednak metalicznym blaskiem drutu kolczastego i stalowej siatki z elektronicznymi czujnikami, ostrzegawczymi tabliczkami woła „NIEBEZPIECZEŃSTWO”. Jak go zatem nazwać? Mur? Przecież odcinki z betonowych bloków, o wysokości dochodzącej do 8 metrów, stanowią mniej niż 5% jego długości. A trzeba podkreślić, że nazwa ma tu bardzo duże znaczenie. To, jakimi słowami go określamy, świadczy o naszym stosunku do niego. Dla jednych będzie to więc „bariera antyterrorystyczna”, jak chcieliby Izraelczycy. Inni z kolei za Palestyńczykami będą powtarzać o „ścianie podziału rasowego” czy „ścianie apartheidu”. Ja natomiast napiszę po prostu o murze.

Wyrwij murom zęby krat

Samochody dojeżdżają do zamkniętej bramy granicznego punktu kontroli, dłuższą chwilę stoją. Zdezorientowani kierowcy opuszczają swoje maszyny, nerwowo rozmawiają ze sobą, bezradnie gestykulując, aż w końcu zrezygnowani zawracają.

Dżamil jechał z izraelskiego Nazaretu do swojej rodzinnej wioski nieopodal miasta Dżenin na Zachodnim Brzegu Jordanu. To tylko jakieś 5 kilometrów stąd i przez ogrodzenie na granicy widział już znajome wzgórza. Było piątkowe popołudnie i po całym tygodniu pracy młody Palestyńczyk, zmęczony i niewyspany, pragnął jak najszybciej odpocząć we własnym łóżku. Upalna pogoda w połączeniu z głodem i pragnieniem wysysałą siły – trwał ramadan, więc aż do zachodu słońca nie mógł sobie pozwolić na posiłek czy choćby na łyk wody. Na szczęście do domu już niedaleko, trzeba jeszcze tylko przejść kontrolę izraelskich żołnierzy i zostaje niecałe 10 minut drogi…

– No ale jak to możliwe?! To prawda, my mogliśmy nie wiedzieć, że z powodu nadchodzącego szabasu w piątek Żydzi zamykają checkpoint wcześniej. Ale ty? Przecież jeździsz tą drogą bardzo często… – Zdziwiłem się, bo Palestyńczyk wyglądał na mocno zaskoczonego takim rozwojem sytuacji. – Tak, ale oni zamykają, kiedy chcą. Czasami o 14, jak dziś, czasem później, a niekiedy nawet w południe. A jak im się spodoba, to mogą nie otwierać cały dzień i nikt nas o tym nie powiadomi – odpowiedział wyraźnie rozgoryczony Dżamil.

Jakby na potwierdzenie jego słów kolejne samochody z palestyńskimi rejestracjami zawracały spod zamkniętej bramy. – Jeśli nie chcecie tu czekać do jutra rana, aż znów otworzą przejście, mogę was zabrać na drugą stronę, do Dżeninu, okrężną trasą. – Propozycja wyglądała całkiem sensownie, więc już po chwili jechaliśmy jego wysłużonym oplem. Pierwszy przystanek wypadł szybko. Przed nami długa droga, więc Dżamil musiał zatankować bak do pełna na pobliskiej stacji benzynowej. – Najbliższe przejście otwarte całą dobę znajduje się około 70 kilometrów stąd – mówił, płacąc za paliwo. Ruszył, a już wkrótce można się było domyślić, że zabrał nas chyba także po to, żeby nie usnąć za kierownicą. Aby pokonać senność, spotęgowaną ramadanowym głodem, zaczął opowiadać o sobie, odpowiadać na pytania i opisywać życie po dwóch stronach muru.

Tacy sami, a ściana między nami

Zawsze zajmował ważne miejsce w historii. Każdemu znane są przecież mury Jerycha, Wielki Mur Chiński czy Mur Berliński. Szczególnie obraz tego ostatniego przychodzi do głowy, kiedy stoi się na obrzeżach Betlejem, na Terytoriach Palestyńskich. I nie chodzi tu tylko o napisy w rodzaju „Ich bin ein Berliner”. Tak w niemieckiej stolicy, jak i tu, betonowa bariera pokryta jest kolorowymi malunkami, jednak tylko z jednej strony. Zarówno kiedyś, patrząc z komunistycznego NRD, tak i teraz z Izraela, można dostrzec tylko posępną szarość, podczas gdy drugie oblicze muru kwitnie politycznymi hasłami, realistycznymi wizerunkami palestyńskich przywódców i bojowników o wolność, wezwaniami do walki oraz pokojowymi manifestami, często przybierającymi formę ulicznych dzieł sztuki.

W sloganach i hasłach mieszają się rozmaite języki z całego świata – oprócz miejscowych, także liczni zagraniczni twórcy street artu przyjeżdżają tu w ramach osobliwego pleneru

Można więc odnaleźć tu prace tak znanych artystów, jak Banksy czy Blu (to mural jego autorstwa zdobi ścianę kamienicy na Wyspie Słodowej), którego wizja bożonarodzeniowej choinki otoczonej ścianą z betonu jest szczególnie trafna i poruszająca właśnie tu, w mieście, w którym urodził się Chrystus

Mój dom murem podzielony

Jedziemy na południe, cały czas mając Morze Śródziemne po prawej ręce, w odległości kilkunastu kilometrów. Z lewej strony natomiast niekiedy tylko kilkaset metrów dzieli naszą drogę od Zielonej Linii, ustalonej porozumieniem z 1949 r. linii demarkacyjnej, oddzielającej terytoria izraelskie od palestyńskich.

Dżamil w liceum uczył się angielskiego i choć od tego czasu nie miał chyba żadnej okazji do rozmowy w tym języku, teraz udaje nam się porozumieć całkiem sprawnie.

– To miasteczko jest w ogromnej większości arabskie – wyjaśnia, podczas gdy za oknami migają niskie białe budynki z płaskimi dachami, niewielki meczet i witryny sklepików z dwujęzycznymi napisami na szyldach. Przypominają o tym, że około 20% obywateli Izraela to Arabowie. – A to są już żydowskie osiedla. – Jego głos wyraźnie się ożywia, gdy, po przejechaniu kolejnych paru kilometrów, wskazuje na równe rzędy schludnych domów stojących w otoczeniu zieleniących się drzew. – Zobacz, one stoją na palestyńskich ziemiach!

I rzeczywiście, gdyby spojrzeć na mapę, to widać, że przebieg izraelskiego muru w wielu miejscach znacznie odbiega od Zielonej Linii, sankcjonując istnienie takich osiedli nawet w głębi terytoriów Autonomii Palestyńskiej i często odcinając ludności arabskiej dostęp do ziem uprawnych czy studni.

– Mają swoje drogi, zamknięte dla nas, dostęp do wody lepszej jakości… W mojej wiosce bywają nawet parodniowe przerwy w dostawie wody, a do tego musimy za nią płacić kilka razy więcej niż oni! Czy to jest sprawiedliwe?! – wykrzyczał swój żal, a ja nie odpowiedziałem mu na to pytanie. Dżamil chyba jednak nie potrafił się długo denerwować, bo już po chwili, jakby zapominając o wcześniejszym wzburzeniu, zaczął snuć opowieści o swojej licznej rodzinie i czasach dzieciństwa, kiedy to podczas pierwszej intifady rzucał kamieniami w czołgi.

– Za chwilę przejedziemy granicę – oświadczył kierowca po przejechaniu kolejnych kilometrów. Zacząłem więc szykować swój paszport, lecz, jak się okazało, zupełnie niepotrzebnie. Żadnej kontroli nie było, co więcej, w pobliżu nie dało się nawet dostrzec ani jednego żołnierza. Można było mieć jednak pewność, że obserwowali oni całe otoczenie zza kuloodpornych szyb wysokiej wieży strażniczej stojącej obok drogi. Prawdziwe kontrole czekają dopiero na jadących w przeciwną stronę – tych, którzy chcą się dostać do Izraela z Terytoriów Palestyńskich. Wtedy często trzeba się liczyć z długim oczekiwaniem na granicy i szczegółowym przeszukaniem bagażu. Tymczasem rozpoczynała się kolejna godzina naszej podróży i odtąd zaczęliśmy już kierować się na północ.

Druga strona medalu. Druga strona…

Pomimo bardzo dużej krytyki ze strony środowiska międzynarodowego, w tym także ONZ, Izrael wciąż kontynuuje, rozpoczętą w 2002 r., budowę muru wokół Zachodniego Brzegu Jordanu, mając przy tym poparcie ogromnej większości społeczności żydowskiej.

Władze argumentują, że mają prawo bronić swoich obywateli przed atakami terrorystycznymi i przytaczają dane statystyczne wyraźnie wskazujące na spadek liczby samobójczych zamachów bombowych po roku 2002, a na niektórych terenach, wcześniej silnie zagrożonych, wręcz zupełny ich zanik

Przedsięwzięcie jest już w dużej części ukończone, a całkowita planowana długość bariery to prawie 800 km, jednak kwestia ta, w połączeniu ze sprawą żydowskich osiedli, jest jedną z największych przeszkód na drodze do osiągnięcia porozumienia pokojowego z władzami palestyńskimi.

Zatrzymujemy się obok ruchliwego targu w centrum Dżeninu. Nasza wspólna podróż dobiegła końca, więc żegnam Dżamila, który pewnie za chwilę dojedzie do swojego domu i zmęczony padnie na łóżko. My tymczasem łapiemy taksówkę i prosimy o podwiezienie do znajdującego się na północ od miasta checkpointu. Tego samego, spod którego zatrzaśniętych bram wyjeżdżaliśmy kilka godzin temu. Taksówkarz jeszcze upewnia się, czy wiemy, co robimy, ale uspokajam go, że nie mamy zamiaru przekraczać teraz granicy i wiemy, że otworzą ją dopiero jutro rano.

Wysiadam z samochodu i podchodzę do wysokiego ogrodzenia wznoszącego się w poprzek drogi. Widzę stąd miejsce, w którym ponad dwie godziny temu usłyszeliśmy, że przejście zostało właśnie przed chwilą zamknięte. To tylko 200 metrów stąd, za rzędami barier z metalowej siatki i drutu kolczastego, ale musiałem pokonać ponad 120 kilometrów, żeby stanąć tu, gdzie teraz jestem. Niestety podobnie wyglądają próby osiągnięcia trwałego pokoju w tym regionie: nawet, gdy wydaje się on być na wyciagnięcie ręki, na drodze staje jakiś mur, który niesłychanie wydłuża drogę do celu.

fot.autor