Skoki na Trumpo-linie

Skoki na Trumpo-linie

Ireneusz Staroń

- kategorie: Polityka

 

Nibylandia to kraina medialnej propagandy. Tutaj nie dociera prawda. Tutaj każdemu słowu przypisuje się ciężar ideologiczny. Ludziom zaś pozostaje nieznośna lekkość bytu. Oto, co wyczytałem w jednej z nibylandzkich kronik: Dawno, dawno temu, w pewnym królestwie doszło do niespodziewanej zmiany na tronie. Zszokowana magnacka elita, w odpowiedzi na wartką zmianę akcji, postanowiła starym pojęciom nadać zupełnie nowe znaczenie. Jednak nowo wybrany król walczył dzielnie. Zwał się Donald. Donald Trump.

Choć od czasu zaprzysiężenia nowego prezydenta USA minęło już kilka tygodni, nie milkną echa słów, które przywódca skierował do narodu w swoim inauguracyjnym przemówieniu. Dla jednych były one niczym papieskie błogosławieństwo urbi et orbi (miastu i światu), dla innych zaś jak klątwa rzucona przez złowieszczego czarownika i populistę. Ostatecznie diabeł okazał się nie tak straszny, jak go malowano. Jednakże portret nowego mieszkańca Białego Domu jeszcze długo będzie dla lewicowych salonów upiorem w operze, nie zaś snem nocy letniej. Taką cenę zapłacą ci, dla których ciemne szkła ideologicznych okularów są ważniejsze od Realpolitk. zajrzyj tutaj

Waloryzacja negatywna

Czym zatem Trump zawinił na dworach oświeconej świty? Przede wszystkim przypomniał o fundamentach budujących państwo. Fundamenty te są solą w oku progresywistów (czytaj: skrajnie konserwatywnej lewicy, wierzącej w świat raz na zawsze zamknięty i uformowany, którego nikt przez nią samą nie namaszczony zmieniać nie może). Trump nie tylko bowiem przypomniał, że – o zgrozo! – państwa mają granice. To w dobie płynnej nowoczesności moglibyśmy uznać za co najmniej nietaktowne przejęzyczenie. To dałoby się jeszcze wybaczyć. Hasztagi, noty protestacyjne na Facebooku, memy i łańcuszki powinny załatwić sprawę. Obronilibyśmy demokrację. Nowy prezydent poszedł jednak o krok dalej i, bynajmniej, nie był to krok nad przepaścią. Trump przypomniał, że państwa nie tylko mają granice, ale że granice te winny być w sposób właściwy chronione. Podstawowym zadaniem państwa jako podmiotu prawa międzynarodowego jest zapewnienie bezpieczeństwa obywateli – swoich obywateli, nie zaś dobroduszne łechtanie sąsiadów i dalekich krewnych. Oczywiście retoryka murów, ścian i sufitów, jakie nowa administracja zamierza wybudować na granicy z Meksykiem, może co wrażliwszych obserwatorów razić, jednak z punktu widzenia bezpieczeństwa wewnętrznego nie wydaje się bezcelowa. Choć to jedynie wierzchołek góry lodowej. Ideolodzy-propagandyści nie mogą wybaczyć Trumpowi przede wszystkim siatki pojęć, która już dawno została na salonach zapomniana.

Trump nie tylko bowiem przypomniał, że – o zgrozo! – państwa mają granice

Patriotyzm, ojczyzna, naród, Bóg, Biblia, wielka Ameryka, rodzina; gospodarka wolnorynkowa (w opozycji do rozbuchanych pakietów socjalnych), spajające wspólnotę wartości metafizyczne, poczucie ciągłości historycznej i odpowiedzialności za nią w sztafecie pokoleń; otwarte mówienie o tradycyjnych wartościach; perspektywa republikańska, nie zaś ostentacyjnie prywatna w przestrzeni publicznej; sojusze oparte nie na serdecznej przyjaźni, lecz na wspólnocie interesów; pragmatyzm w opozycji do hołdowania intelektualnym, filozoficznym, socjologicznym modom. Wreszcie – szacunek dla źródeł amerykańskiej kultury, które w słownikach politpoprawności miały być narzędziem opresji, dla Trumpa natomiast są podstawowym gwarantem wolności jednostki. Tego było już za wiele. Dlatego rozpoczęto operację pod kryptonimem „waloryzacja negatywna”.

Sok z żuka

Zmieniając pierwotne znaczenia słów, zmieniając intencje nowego prezydenta, stworzono model alternatywnej rzeczywistości. Skonwencjonalizowane figury myśli politycznej w stylu „mój dom – moja twierdza” zostają po raz kolejny zideologizowane. Choć powinny być uznane za neutralny światopoglądowo pewnik, wynikający z racjonalnego podejścia do jakiejkolwiek wspólnoty politycznej. Trudno bowiem sobie wyobrazić państwo, miasto, czy choćby wędrowną grupę trubadurów, która nie byłaby oparta na modelu zaufania i bezpieczeństwa. Te zaś, siłą rzeczy, wiążą się z postawą pewnego izolacjonizmu (broń Boże, nie radykalnego!), filtra, który mógłby zweryfikować potencjalne zagrożenia. Do takich, w pierwszej kolejności należy Obcy, który dopiero w wyniku długiego procesu oswajania może stać się Innym, przyjaznym, choć autonomicznym. Rezygnacja z polityki „kochajmy wszystkich” nie oznacza jednak, że tych Innych czy Obcych będziemy automatycznie rugować z przestrzeni publicznej. Tak chcieliby widzieć to niektórzy ideolodzy, dla których jakiekolwiek wspomnienie o większości równa się deptaniu praw fetyszyzowanej mniejszości (czy ta „mniejszość” rzeczywiście czuje się „mniejszością” i domaga się specjalnego traktowania, fetyszyzowania, a może woli po prostu wierzyć we własną wartość, to już inna rzecz). Dziwię się, że jedna z gazet umieściła na swej okładce hasło „Trump – prezydent rasistowskich elit”, rzekomo sugerując, że nowy przywódca nienawidzi wszystkiego, co niebiałe i nieamerykańskie. Czy takie odgrzewanie resentymentów jeszcze kogoś bawi? Być może w Stanach tak. Ale to była polska gazeta.

Czy kupując w sklepie sok z polskich marchewek też mieszczę się w ramach takiej kategoryzacji (pomijam dylematy, czy to, co pływa w butelce kiedykolwiek obok marchewki leżało)? Przecież „polskie” albo „amerykańskie” mogłoby kogoś dotknąć, urazić, obrazić czyjeś uczucia et cetera. No bo niby dlaczego z polskich marchewek, a czemu taki sok, a co z prawami jabłek, a to nieuczciwa konkurencja, a to nieładnie (na uczucia biednych marchewek jakoś nikt nie zwraca uwagi). Retorykę Trumpa można właśnie sprowadzić do retoryki otwartości na własne marchewki. W końcu „amerykańska marchewka” to brzmi dumnie. Dlatego pijmy sok z amerykańskich marchewek, wykopanych z amerykańskich ogródków, bo w ten sposób rozwijamy amerykański przemysł (czyli także murzyński i latynoski, czyż nie?

Trumpowi można zarzucać potworny izolacjonizm. Problem w tym, że krytycy w tym przypadku nie potrafią wyjść z getta własnych wyobrażeń, projektując je na bujną czuprynę gospodarza Białego Domu

Gdzie tu rasizm?). A to, co wyprodukujemy u siebie, da korzyści nam, a nie sąsiadom zza płota. Łopatologicznie pojęta ekonomia? Archaiczna polityka? Realizm czy utopia? Zdrowy, państwowy egoizm? Jakkolwiek byśmy nie oceniali takiego podejścia, trudno oskarżać je o ideologizację. Chyba że przejawem ideologii jest szeroko pojęty interes narodowy. Choć wtedy trudno byłoby wskazać coś, co ideologią nie jest…

Mojość

Trumpowi można zarzucać potworny izolacjonizm. Problem w tym, że krytycy w tym przypadku nie potrafią wyjść z getta własnych wyobrażeń, projektując je na bujną czuprynę gospodarza Białego Domu. Z polityką trochę jak ze sportem – krytyka oponentów podszyta jest niejednokrotnie zazdrością. A to wiało z tyłu skoczni, a to trawa była zbyt zielona; przeciwnik był po prostu głupi, gorzej wykształcony, nienowoczesny; przy tym zaś irracjonalny. Z tym, że Trumpowski powrót do tradycyjnego obrazu świata jest z gruntu zdroworozsądkowy. Obrazu świata, w którym nasza biologia instynktownie podpowiada nam, że marchewki z przydomowego ogródka raczej nam nie zaszkodzą. Bo są z nami połączone organicznie poprzez jeden ekosystem. No dobrze, ktoś powie, a gdzie w tym wszystkim otwartość na Innego? Filozofia dialogu? Czy nie jest przypadkiem tak, że drogę do Innego należy rozpocząć od własnych marchewek. Trump zdaje się pytać: jak moglibyśmy szanować Innych, bez szacunku dla własnego ogródka? To czasem bolesne i czasem wokół tegoż ogródka trzeba postawić płot (w sumie… to mało amerykańskie porównanie, bo czy ktoś kiedyś widział w hollywoodzkiej produkcji zielone trawniki ogrodzone płotem?), ale takie są prawa wywiedzione z greckiej polis. Zatem „mojość, mojość, mojość”. Państwo to nie akademik, do którego każdy może wpaść na imprezę. Państwo to nie instytucja charytatywna, która na arenie międzynarodowej pełni rolę dobrego wujka. Państwo to przede wszystkim organizm racjonalny i wyważony, dbający mocno o własne interesy, o własne bezpieczeństwo. Oto przesłanie Trumpa.

Podczas, gdy Barack Obama wraz z całym zachodnim establishmentem mówi o szczęściu ludzkości, równości i braterstwie, Trump dekonstruuje nowy wspaniały świat. Ludzkość bowiem nie będzie nigdy ani szczęśliwa, ani równa. Szczęśliwi mogą być co najwyżej obywatele Ameryki. W dalszej zaś kolejności ich sojusznicy, których jednak nikt do szczęścia nie będzie zmuszał. Co do równości, odchodzimy natomiast od dyktatury mniejszości. Owszem, szanujemy, lecz mamy równe prawa i te same obowiązki – nic ponadto. Wykład tradycyjnej nauki o dobru wspólnym. Nienowoczesny i patetyczny, ale – co niektórych będzie mocno bolało – w wielu punktach prawdziwy. Zresztą nie nam oceniać, czy prezydent USA ma rację. Zapewne nie miałby nikomu za złe, gdyby powiedzieć, że za swoje czyny odpowiada przed Bogiem i Historią. Na wyrok Metafizyki będziemy musieli jednak trochę poczekać. Głos suwerena jest mniej cierpliwy.

Soczewka egotyczna

Zwycięstwo Trumpa można uznać za kulminacyjne wydarzenie zjawiska, które już zostało nazwane „wiosną konserwatyzmu”. Czytelnicy bez trudu znajdą niezliczone artykuły z kręgu nauk społecznych, opisujące tę, skądinąd, fascynującą tendencję. Aby nie utknąć w grzęzawisku wielości, proponuję zatem nieco inne odczytanie „trumpizmu”. Pomijając aspekty polityczne, chciałbym zwrócić uwagę na kwestię natury filozoficznej. Chodzi o podmiotowość ludzką.

Współczesne ruchy konserwatywne opierają swój program na negatywnym stosunku do dziedzictwa późnej nowoczesności (mam tutaj na myśli dwudziestowieczne ruchy akcentujące skrajny indywidualizm jednostki w opozycji do tradycji wspólnotowych)

Najjaskrawszym przykładem takich tendencji był oczywiście bunt pokolenia ‘68. W myśli konserwatywnej skrajne ponowoczesne indywiduum w końcu zatraca własną podmiotowość w przygodności intensywnych, choć płytkich kontaktów międzyludzkich. Zatem ponowoczesność, zamiast zaoferować odpowiedzialną wolność, przynosi rozmycie. „Ja” zmienia się jak w kalejdoskopie, bo jeśli nie ma mocnych tożsamości, w końcu nie ma ich w ogóle wcale. Wobec tego konserwatyści proponują powrót do zdefiniowanego i bezpiecznego, w domyśle – państwa. Trump zdaje się iść tą właśnie drogą.

W jego myśli państwowej w centrum pojawia się ego. „Ja” o zdefiniowanej, mocnej tożsamości, zarówno jednostkowej, jak i państwotwórczej. Taka modernistyczna (w opozycji do postmodernistycznej) podmiotowość. Jednostka, podobnie jak państwo, ma swoje granice. Z punktu widzenia prawa nie ma znaczenia, czy czuje się ona rozmyta, niepewna, „wątła, niebaczna, rozdwojona w sobie”. Dla prawa jest silnym podmiotem. Tutaj koło się zamyka, aby otworzyć się ponownie. Tym razem w perspektywie międzynarodowej. Państwo ma silną tożsamość i silne granice. W stosunku do innych podmiotów prawa dba maksymalnie o własną odrębność. Drugorzędne stają się idee, których wyznawcami są jego obywatele. Każdy z nich może czuć się ponowoczesną monadą, wciąż przekraczającą własną podmiotowość, nadwrażliwą w stosunku do wszelkich normatywizmów. To indywidualny wybór. Jednak państwo nie może iść ponowoczesną drogą. W przeciwnym wypadku uległoby całkowitemu rozproszeniu. Zaś rozproszone stałoby się łatwym łupem dla zewnętrznych wrogów. Rozproszona jednostka ludzka, o płynnej tożsamości, może co najwyżej obudzić się z bólem głowy i niepokojącym pytaniem na ustach: co robiłam wczoraj? Zawsze może też liczyć na życzliwość ludzką. Czy skutecznie – to już inne pytanie. Dla państwa zaś nie istnieje czasownik „może”. Ono zawsze „musi”. Gdyż to spółka z jak najbardziej ograniczoną odpowiedzialnością.

rsbn.tv