Dzienniki meksykańskie

Dzienniki meksykańskie

- kategorie: Podróże

Ale Meksyk! Trzy tygodnie to zdecydowanie za mało żeby poznać cały kraj, ale wystarczająco dużo, żeby poczuć latynoski klimat i zechcieć tam jeszcze wrócić.  A dni w podróży płyną szybko, niczym Rio Bravo…

Poniedziałek, 25 lipca
Nasz MSZ w poradniku „Polak za granicą” ostrzega przed porwaniami „ekspresowymi” w Meksyku, rabunkami z bronią w ręku w Salwadorze, gangami młodocianych przestępców związanych z rynkiem narkotyków i prostytucji w Kostaryce i napadami na osoby podróżujące nocą samotnymi drogami w Gwatemali… Region wydaje się jakimś siedliskiem diabelskich mocy… No cóż, zobaczymy czy uda mi się przetrwać w tej przerażającej Ameryce. Jutro rano pociąg do Poznania, stamtąd lot do Frankfurtu, a potem jedynie 11 godzin w samolocie i witamy w Meksyku! Żar tropików na karaibskim wybrzeżu gwarantowany.

Wtorek, 26 lipca
Niemieckie linie lotnicze Condor chyba powinny nazywać się Sęp. Małe porcje jedzenia, pobieranie opłaty za wszystko, za co się da i do tego tylko pierwszy darmowy drink, a potem to już kilka euro za małe piwo – toż to skandal, do tego najwyższych lotów! Ta doba trwa dla mnie jakieś 30 godzin z powodu siedmiogodzinnej różnicy czasu, przy czym trzecią jej część spędzam wciśnięty w ciasny fotel samolotu, który wypełniony jest głównie niemieckimi emerytami, pragnącymi wygrzać stare kości w meksykańskim słońcu. Po koniec lotu już prawie wszyscy z nich stoją – pewnie się naczytali, że od długiego siedzenia w bezruchu krwinki się nudzą i mogą ulepić się w taki mały strupek, który z nogi powędruje do płuc i wtedy kaputt! Dlatego wstają, robiąc hände hoch i różne inne pajacyki, żeby zabełtać błękit w głowie i krwinki w żyłach. W końcu nasz Messerschmitt 767 wylądował, a jako że nikt nie zszedł podczas lotu, to wszyscy pasażerowie w komplecie zeszli na płytę lotniska w Cancun. Witamy na Jukatanie!

Środa, 27 lipca
Cancun – jedno z najpopularniejszych miejsc wypoczynkowych na tej półkuli. Plaże pełne turystów z całego świata, luksusowe hotele, wykwintne restauracje… Brrr! Uciekamy stąd! Poza tym i tak pada deszcz, co właściwie nie jest niczym zdumiewającym w środku pory deszczowej, więc nic tu po nas. Dlaczego pora deszczowa zawsze musi wypadać w wakacje…? Czy nie da się zmienić terminu jednego bądź drugiego? Na szczęście długą pelerynę z kapturem na etapie pakowania bez wahania umieściłem w plecaku w łatwo dostępnym miejscu, tuż obok hamaka i nawilżanych chusteczek dla niemowląt. Ale do spakowania bluzy polarowej to już nie byłem taki przekonany… O jakżeż bym teraz cierpiał bez niej! Zmroziła mnie ta myśl i zatrząsłem się na samo wspomnienie o tym, że mógłbym teraz siedzieć w samym podkoszulku. Chociaż, patrząc na to chłodnym, bardzo chłodnym okiem, to chyba mroziła mnie ta przeklęta klimatyzacja w autobusie, a trząsłem się po prostu z zimna, spoglądając za okno i mając nadzieję, że już niedługo dojedziemy do celu i w końcu znowu otoczy mnie gorące i lepkie powietrze. Tak też się stało, gdy dojechaliśmy do miasta Tulum. I wtedy zatęskniłem za klimatyzacją.

Piątek, 29 lipca
Dosyć tej turystycznej przeciętności! Ok, ruiny pałacu Majów na karaibskim klifie w Tulum, które są opanowane przez iguany (które z kolei same są niezwykle opanowane i niezrażone tabunami ludzi) były piękne, pływanie w morzu i podglądanie ogromnych żółwi – bardzo emocjonujące, a snorkeling w zalanych wodą jaskiniach pełnych stalaktytów, stalagmitów i stalag_nie_wiem_czego bił na głowę i wdeptywał w ziemię wszelkie związane z wodą aktywności, jakich miałem przyjemność do tej pory doświadczyć. Ale teraz pora wyjść przed szereg backpackerów z całego świata śpiących w hostelach, jeżdżących autobusami i pijących piwo Corona. Zaczynamy jeździć autostopem, spać po krzakach i pić jakieś tańsze piwa.
– Is hitchhiking safe in Mexico? – Nothing is safe in Mexico… To musiał jakiś paranoik pisać, zagraniczne fora pełne takich. Nam jak na razie łapanie okazji idzie całkiem sprawnie. Tyle że z tym spaniem jakoś nie bardzo… Polskie krzaki to swojska i przyjazna dębina, buczyna, jarzębina, no w ostateczności może nam grozić kolczasta jeżyna, albo że się gdzieś wplącze pajęczyna. A tu dżungla, panie, dżungla. Kroku nie zrobisz, bo zaraz ściana lasu nieprzebyta. Poczujesz że coś długiego, mięsistego cię oplata i nie wiesz czy to liana, ogon jaguarowy, czy też Indianin pytona wypuścił z kryjówki. No to pytaliśmy w wiosce Coba, słynnej z piramid prekolumbijskich, czy nam ktoś w chacie hamaki rozwiesić pozwoli na nocleg. Z Indianką w kwiecistej szacie łączyło nas to, że i ona i my nie umieliśmy za dobrze hiszpańskiego. Tylko że ta wspólna cecha wcale nie ułatwiała komunikacji. Z zawołanym na pomoc szwagrem się dogadaliśmy i za 50 pesos otworzył nam drzwi do chatki – brudnej, śmierdzącej i pełnej komarów. To coś dla nas! Właściciel zaznaczył, że miejscowi czasami przychodzą tu załatwiać swoje potrzeby, te grubsze i te mniej poważne, ale nam takie miejsce wystarczało. Aby nieco poprawić estetykę miejsca, pani Indianka przysypała kilka z leżących pod ścianą grubszych potrzeb piaskiem. Estetyka wzrosła. Zapach niestety pozostał.

Poniedziałek, 1 sierpnia
Na wiele sobie pozwoliliśmy ostatnimi czasy w sferze kulinarnej. Rozmaite tamales czy burritos, popijaliśmy sprzedawanymi na ulicy, wprost z wypełnionych lodem skrzynek, sokami z nieznanych w Polsce owoców dżungli, czasem dla lepszego smaku zmieszanych z mlekiem. Na dobitkę doszły tacos od przydrożnego sprzedawcy, który swoimi małymi tłustymi łapkami rzucał okrągłe kukurydziane placki na rozgrzany olej, nakładał na nie mięso i warzywa, a w międzyczasie robił pewnie mnóstwo innych niehigienicznych rzeczy. Tymi samymi łapkami oczywiście. No i nasze żołądki dotknęła Klątwa Montezumy…
W końcu przydały się karimaty. A już zastanawiałem się kiedy przyjdzie czas, aby zostawić je komuś na materiał izolacyjny. Teraz jednak dobrze sprawdzają się izolując nasze plecy od metalu siedzeń na dworcu w Escarsega, gdzie czekamy 11 godzin na najbliższy autobus do Palenque – jest noc i pada deszcz, więc z autostopu nici.
W telewizorze mocno podkręcony dźwięk. Najpierw sensacja i przygoda. Terminator-Gubernator (z niedalekiej Kalifornii) pokonuje swojego największego wroga, jednak na końcu tonie w płonącym zbiorniku rozgrzanego do czerwoności metalu. Wychodzę z dworca. Wracam: Harry Potter pakuje walizki i rusza uczyć się magii z kumplami. Idę kupić tacos. Jestem z powrotem: elitarny oddział starożytnych Czarnych Skorpionów walczy ze złem. Albo i z dobrem walczy. Nie wiem, przysnąłem. A po północy już tylko bailando na całego. Faceci stoją na plaży, śpiewają i machają rekami, a dziewczyny tańczą w bikini. El mariachi, tequila i la playa. Do tego wszystkiego sekcja dęta daje z siebie wszystko wdzierając się wszelkimi dostępnymi kanałami do naszych mózgów i skutecznie utrudniając sen, który tak by się nam przydał w obecnym stanie. Szkoda że w dworcowej toalecie nie było abonamentów albo zniżek przy zakupie większej ilości wejść, bo moglibyśmy sporo zaoszczędzić…

Wtorek, 2 sierpnia
Jak będziecie kupować bilety na meksykański autobus dalekobieżny pamiętajcie, że musicie koniecznie spytać się gdzie jest zlokalizowana toaleta. I oczywiście usiąść jak najdalej od niej.
Zawsze wybieramy najtańsze autobusy. Zazwyczaj są to pojazdy z pękniętą szybą albo klekoczącym silnikiem, którymi jeżdżą niemal wyłącznie tubylcy. Czasem słyszy się o napadach, ale na te najtańsze chyba nikt się nie porywa – bo co można ukraść ich pasażerom? Wyrwać staruszce kartonowe pudełko z pisklakami? Przyłożyć wąsatemu Meksykaninowi broń do głowy i zażądać oddania butli z olejem roślinnym? Tu raczej nikt nie liczy na obfite łupy i raczej nikt nie spodziewa się obecności turystów. A przynajmniej tak to sobie tłumaczymy. Jednak na trasie do stolicy jest taka konkurencja wśród przewoźników, a przy tym podróż może trwać niemal 12 godzin bez postoju, że w naszym, całkiem niedrogim, pojeździe z miasta Villahermosa toaleta jednak była. I niestety na etapie kupowania biletów w miejscowym biurze przewoźnika, które jest małym, pachnącym kadzidełkiem pokoikiem wypełnionym zupełnie przez bagaże podróżnych oczekujących na odjazd, biurko szefa oraz otoczony płonącymi świeczkami ołtarzyk Matki Boskiej z Guadalupe, sugerując się dobrym widokiem na zaznaczony na schemacie ekran telewizora, wybraliśmy strategiczne pozycje najbliżej wychodka (który w żaden sposób zaznaczony nie był). Nie muszę chyba dodawać, że przez całą noc była kupa zabawy…
Momentami, kiedy arktyczna klimatyzacja się wyłączała, gorące powietrze wypełniała woń jeszcze bardziej dojmująca w swej treści niż ta, która mile łechtała nasze zmysły powonienia w indiańskiej chatce parę nocy temu…

Środa, 3 sierpnia
Burza poruszała się w tę samą stronę co my. Przejechanie każdego następnego odcinka pozwalało nam uciec ze strefy opadów, jednak już chwilę po opuszczeniu kolejnego gościnnego pojazdu i życzeniach szerokiej drogi dla kierowcy pierwsze krople spadały na nasze plecaki, by po kilku minutach zmusić nas do ukrycia bagażu i siebie samych za szczelną zasłoną foliowego płaszcza i wypatrywania z nadzieją kogoś, kto pomoże nam na dobre odskoczyć burzy. Wszystko szło całkiem sprawnie, aż do bramki opłat kilkadziesiąt kilometrów przed miastem Morelia.
Szeroki łuk tęczy na niebie i przebłyski popołudniowego słońca wlewały w serca nadzieję, że może burza przestanie w końcu podążać naszym śladem i już wkrótce złapiemy stopa do naszego dzisiejszego celu podroży. Najlepsze miejsce do łapania było już zajęte przez czwórkę młodych Meksykanów, ale wkrótce szczęście uśmiechnęło się do nich szeroko i ktoś wziął tę ekipę do samej Guadalajary. Całą czwórkę!
Poprawiło to nasze nastroje. Skoro im się udało, to co dopiero nam, jadącym tylko we dwójkę, z aparycją cudzoziemców – co dla kierowcy może być zapowiedzią ciekawej rozmowy o dalekich krajach (o ile bariera językowa nie utnie naszej rozmowy krępującym milczeniem już po paru minutach).
Godziny mijały. Deszcz niezmiennie padał. Popołudnie zmieniło się w wieczór, który nieuchronnie zmierzał ku ciemnej nocy. W pewnym momencie trzeba było to przyznać: ciemno, zimno, pada deszcz, machamy ręką przy drodze… w ten sposób na pewno się stąd nie wydostaniemy. Zaczęliśmy przeczesywać okolicę i, z zapałem godnym akwizytorów Amway, wypytywać kierowców o możliwość wydostania się z tej pułapki. Bezskutecznie jednak.
– Zapytajcie pracowników sklepu na stacji. Jak skończą zmianę będą wracać do domu do Morelii – nalewający benzynę chłopak w poplamionym kombinezonie rzucił trochę światła w sytuacji, gdy noc pożerała już ostatnie resztki jasności na zachodzie. – Albo spróbujcie złapać autobus do miasta. Co pewien czas przejeżdżają po tym wiadukcie nad bramkami opłat i posterunkiem policji autostradowej – ręką wskazywał odległy o kilkaset metrów most drogowy.  To było to! Zamiast czekać na zakończenie zmiany w sklepie pójdziemy na autobus i w Morelii coś wymyślimy, weźmiemy nocny kurs do Guadalajary albo po prostu zostaniemy tam na noc. Byle by wydostać się stąd. Idziemy do wiaduktu.
– Oczywiście że mogę to zrobić! Jestem przedstawicielem Mexican Highway Patrol i jednym skinięciem mojego najmniejszego palca mogę zatrzymać tutaj każdy pojazd.
Pogawędka z wąsatym policjantem powoli zaczynała być irytująca. Staliśmy pod wiaduktem, po którym w każdej chwili mógł przejechać autobus, być może ostatni tego dnia, a policjant wypytywał nas o życie osobiste, sytuację ekonomiczną przeciętnego Polaka i wyposażenie polskiej policji (tak, wstyd było przyznać, Polonezy, Daewoo…). Sprawy przybrały korzystniejszy obrót, gdy zaczął się dogłębniej interesować naszą sytuacją obecną.
– Za chwilę będą tędy przejeżdżać trzy autobusy: jeden czerwony i dwa żółte. Nie mają tu przystanku i nie mogą zabierać pasażerów, ale ja zatrzymam któryś z nich i poproszę kierowcę, żeby podrzucił was do Morelii.
Pierwszy przyjechał czerwony.
– Niestety nie ma już miejsc. Ale pamiętajcie: jeden czerwony i dwa żółte. Wypatrujcie ich. Musicie mieć oczy jak sokół!  – nie ma problemu, pomyślałem, to dopiero jeden. Na pewno z kolejnym sie uda. Przyjechał pierwszy z żółtych.
– Ach, ten mógłby was wziąć do Morelii, ale wysadziłby was poza centrum, daleko od głównego dworca i musielibyście jeszcze sporo przejść, żeby przesiąść się na pojazd do Guadalajary. Pamiętajcie: jeden czerwony i dwa żółte!  – oficer nie tracił rezonu.
No to pięknie. Miło się rozmawia, ale pewnie za chwilę pan policjant schowa się przed deszczem i chłodem do swojego radiowozu, a my zostaniemy tu z niczym, sokolim wzrokiem wpatrując się w pustkę i czerń i szukając w niej kolorowych autobusów.
– O, ten autobus jedzie bezpośrednio do Guadalajary. Teraz ani słowa po hiszpańsku!
Powiem kierowcy, że rozbiliście swój samochód, nie macie pieniędzy na autobus, a jutro koniecznie musicie być na lotnisku w Guadalajarze. Policja autostradowa i kierowcy muszą współpracować, czasem my wyświadczymy przysługę im, innym razem oni nam – rzucił szeroko uśmiechając się pod wąsem.
Do końca nie chcieliśmy uwierzyć. Czekaliśmy tylko gdzie jest schowany jakiś haczyk, ukryta opłata lub aneks dopisany drobnym drukiem…
– Dziękujemy, dziękujemy wam Mexican Highway Patrol! – już po chwili, przechodząc obok nieco zdziwionego kierowcy, żegnaliśmy się z naszym wybawcą, dumnie stojącym na straży prawa w Meksykańskich Stanach Zjednoczonych. I nie było w tym żadnego haczyka ani nawet peso opłaty!
– Señores, Guadalajara! – kilka godzin później ze snu wybudził nas ten sam zdziwiony kierowca…

Niedziela, 7 sierpnia
Już trzeci dzień leżę w łóżku z gorączką mniejszą lub większą oraz niezmiennie rewolucyjnym nastrojem w żołądku. Wódz Azteków Montezuma srodze mści się na moim układzie pokarmowym za wszystkie krzywdy, jakich jego lud doświadczył z rąk białych konkwistadorów przybyłych ze Starego Kontynentu. Mogę tylko słuchać jak Eduardo, przyjaciel, który gości nas w Guadalajarze, opowiada o wszystkich tych specjałach kuchni meksykańskiej, które właśnie przeszły mi koło nosa. A już myślałem, że choroba minęła i nieopatrznie pozwoliłem sobie na normalny posiłek oraz parę kieliszków tequili. No i teraz mam za swoje – suchary, ryż i rumiankowa herbata na śniadanie, obiad i kolację.

Środa, 10 sierpnia
Mężczyzna w średnim wieku zagadnął nas, kiedy łapaliśmy stopa w jakimś fatalnym miejscu, które nie dawało zbyt wielkich szans na znalezienie transportu dokądkolwiek, nie mówiąc już o podwózce do samej stolicy. Kiedy spytał się, czy znamy drogę do Mexico City, wydało nam się to nieco dziwne, ale odpowiedzieliśmy twierdząco, wierząc w swe umiejętności czytania mapy i obsługi GPS. Sytuacja zaczęła się robić jeszcze bardziej podejrzana, kiedy kierowca przed tankowaniem musiał pytać się pracownika stacji, z której strony znajduje się wlew paliwa. Ukradł ten samochód, czy co? Naprawdę groteskowo zrobiło się jednak, kiedy nasz szofer zapytał czy liczba 57, pojawiająca się regularnie na znakach, jako oznaczenie numeru drogi krajowej, którą jechaliśmy od dłuższego czasu wskazuje na liczbę kilometrów, jakie pozostały nam do celu… Wtedy upewniliśmy się, że mamy do czynienia z prostym mieszkańcem małego puebla, który zwyczajnie potrzebował pomocy w dostaniu się do wielkiego miasta. Z jednym z tych Meksykanów, dla których w metrze stosuje się system obrazkowego oznaczenia stacji, pozwalający korzystać z podziemnej kolejki nawet analfabetom. A jednak udało nam się dojechać do Mexico City i gdy żegnaliśmy się na parkingu koło Dworca Północnego nie było wiadomo kto komu jest bardziej wdzięczny – my za podwiezienie, czy kierowca nam za niemal bezbłędne przeprowadzenie przez labirynty meksykańskich autostrad i dróg krajowych.

Niedziela, 14 sierpnia
Czy cztery dni wystarczą, żeby zapoznać się z miastem, w którym codziennie przebywa niemal tylu ludzi, ilu w całej Polsce? Na pewno nie. Można mieszkać tu rok i nie poznać wszystkich tajemnic Mexico City schowanych w jego zakamarkach, w knajpkach znanych tylko miejscowym, w odległych od centrum dzielnicach, w których mariachi z gitarą i trąbką spotkasz w najmniej oczekiwanych miejscach. W ciągu kilku dni można zobaczyć jedynie największe atrakcje turystyczne, choć pewnie i tak nie wszystkie. Jednak żeby na dobre poczuć klimat miasta-giganta, spowitego w smogu, tonącego w korkach samochodowych i pachnącego kukurydzianą tortillą z ulicznych kramów trzeba zanurzyć się na dłużej w tym kotle z latynoską zupą. Bo czyż nie jak ogromny kocioł wygląda to miasto, które położone jest na wyżynie z każdej strony otoczonej przez wianuszek gór, sięgających nawet 5000 metrów?

Wtorek, 16 sierpnia
„Poszłabym za tobą do samego piekła…” – śpiewa Mira Kubasińska z zespołem Breakout, a w tym czasie ja biorę kolejnego gryza chleba z awokado. Egzotyczne połączenie, ale tak samo egzotyczny jest Jesus Gonzales, nasz gospodarz w Oaxaca. W jego domku nie ma radia, telewizora, internetu, ani nawet bieżącej wody, ale za to jest ogród, a w nim także drzewka awokado. Jesus jest malarzem i niedawno gościł w Polsce na gościnnych wykładach w jednej z uczelni plastycznych, stąd w jego domu znajdujemy polskie nagrania, polskie książki, a także butelkę Żubrówki – oczywiście też polskiej! Na pożegnanie z miastem Oaxaca idziemy wypić suero – sole trzeźwiące, jak nazywane jest piwo z sokiem wyciśniętym z cytryny ,podawane w szklance oblepionej kryształkami soli. To także nasze pożegnanie z Meksykiem, gdyż wieczorem wsiadamy w autobus zmierzający w stroną granicy z Gwatemalą.

Środa, 17 sierpnia
Handlarze walutą, kierowcy riksz, młodzi mężczyźni oferujący sprzedaż marihuany – typowy krajobraz przygraniczny. Mobilny kantor chce ci wymienić pieniądze po nieuczciwym kursie, rikszarz powie, że masz do przejścia kilka kilometrów, choć jest to jedynie kilkaset metrów, a diler pewnie jest w zmowie z miejscową policją, która tylko czeka, żeby cię złapać na granicy z kieszeniami pełnymi zioła. Najlepiej zignorować całą tę chmarę oblepiającą każdego, kto wysiądzie z autobusu i pewnym krokiem ruszyć w stronę przejścia. Tam, już po zapłaceniu haraczu w postaci obowiązkowej opłaty wyjazdowej, można powiedzieć „hasta la vista, Mexico!” i wejść na graniczny most. A po jego drugiej stronie czeka już kolorowa Gwatemala. Ale to zupełnie inna historia…

Więcej tekstów i zdjęć z Ameryki Łacińskiej znajdziecie na blogu autora: www.gringstone.blogspot.com